Pokazywanie postów oznaczonych etykietą subiektywnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą subiektywnie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 lutego 2016

Scenariusz dla moich sąsiadów

Poniedziałek, godzina 18. Samolot podchodzi do lądowania. Ponad chmurami widzę ciężki śnieg. Zmieniamy wysokość, bliżej ziemi porządnie leje. Witamy w Polsce, mówię do siebie i zerkam z powątpiewaniem na moją lekką kurtkę i trampki na nogach. Nie wychodzę, nie. Zabierzcie mnie tam z powrotem. Rozbrzmiewają oklaski. Wylądowaliśmy. Zwyczaj, którego nigdy nie rozumiałam i teraz, już na pokładzie samolotu, wciąż nie rozumiem. Przecież to ich praca, żeby nie doprowadzić do śmierci tych wszystkich ludzi. No nie wiem… spodziewaliście się czegoś innego, klaszczący ludzie? Z drugiej strony, myślę sobie, znam kilku pilotów. Ba, właśnie spędziłam weekend w ich towarzystwie i niezmiennie twierdzę, że wszyscy mają w sobie jakiś mały pierwiastek szaleństwa. Krakowskie lotnisko, hala przylotów. Ciągnę za sobą walizkę, niosę w niej kilka ciuchów, wypycham kieszenie wspomnieniami, złudzeniami, niespodziankami i hiszpańskim powietrzem. Spoglądam na ulewę na zewnątrz i już niemal czuję przemoknięte buty. Musiałam wyglądać bardzo nieszczęśliwie, bo ochroniarz mnie zaczepił i poprosił o dowód. Spokojnie, panie ochroniarzu, jestem niegroźna. Ja tylko właśnie zakończyłam swoją pierwszą i samodzielną wyprawę za granicę. Ja tylko wciąż trochę w szoku. 

Miałam nic nie pisać. Bo nie wiedziałam jak, bo nie wiedziałam o czym, bo chyba trochę leczyłam mentalnego kaca po zachłyśnięciu się wspaniałościami. Ludźmi, kulturą, jedzeniem. Miałam też nie pisać, bo i tak moi znajomi już uważają mnie za osobę niezbyt zrównoważoną. Możliwe, że od momentu, gdy wszem i wobec zakomunikowałam, że po sesji lecę do Hiszpanii, ale nie wiem jak się lata, jak się korzysta z lotniska, jak się pakuje czy jak się mówi po hiszpańsku. A to ostatnie szczególnie zabolało, gdy podczas mojego pierwszego lotu cała obsługa radośnie świergotała po latynosku. Nauczę się hiszpańskiego, obiecałam sobie i kumplowi, który zaczął mnie przedstawiać swym latynoskim znajomym. Nie nauczyłam się jednak wiele ponad proste powitania, co nie dawało mi dużego pola do popisu. To zemsta za te wszystkie wspólne tygodnie w Polsce, Miss Polonia, powiedziałam sobie. 

Niedziela, popołudnie. Przełom. Bo wiecie, czasem te babcie w tramwaju potrafią powiedzieć Ci coś, co będzie już do końca dnia rozbrzmiewać w głowie i siać spustoszenie. Dwadzieścia minut jazdy tramwajem do domu. Na jedną z odleglejszych od centrum dzielnic Krakowa, czy jak to bezceremonialnie wygłasza mój przyjaciel, na krakowskie zadupie. Babcia staruszeczka sadowi się obok mnie. Rozpoczyna wywód od narzekania na najnowszy krakowski tramwaj, który jest tak wypasiony, że niczego mu chyba nie brakuje oprócz cateringu. Bo wie pani, te dzisiejsze trzydziestolatki to takie zimne są, nie ma co z nimi pogadać, mówi, wy, młodsze, to jakieś bardziej otwarte na rozmowę, ale to ja tym facetom współczuję, co z tymi babami żyć muszą. Śmieję się serdecznie, bo babcia i ma trochę racji, i dobra jest w opowiadaniu. Wymienia jeszcze parę spostrzeżeń i rzuca znienacka A pani to się często śmieje?, a ja nie wiem co odpowiedzieć. Mówię, że chyba tak, a zresztą to mnie rozśmieszyła. Bo ci co się najwięcej śmieją, to najsmutniejsi, mówi, o, mój przystanek. Wysiadając patrzy na mnie jeszcze raz i mówi A pani to życzę, żeby sobie pani racjonalnego faceta znalazła, może się jeszcze spotkamy. Do widzenia, bąknęłam pod nosem, bo cała ta przelotna rozmowa zrobiła się nieco dziwna. 

Mogłabym pisać felietony. A raczej chciałabym. Bo chyba jeszcze nieco brak mi polotu. Ale felietony może nie takie jak Carrie Bradshaw, lecz będzie ona moim punktem zaczepienia, bo maniaczę ostatnio Seks w wielkim mieście i uświadamiam sobie, że jestem już trochę stara. Że te nastoletnie latka się kończą. Felietonów tak jak Carrie bym nie pisała. Jej zaangażowany research wykończyłby mnie psychicznie. Bo ona to wygląda na taką, która kilka razy lubi popełnić ten sam błąd. Może ja też nieco…? Lubię popełnić ten sam błąd pięć razy, bo tak. Tak, żeby wiedzieć. Bo nawet nie do końca wiem czego chcę. Bo jest fajnie, siedzimy z pilotami, jestem w Hiszpanii, spaceruję wybrzeżem, a wieczorem piję piwo. A potem już nie wiem co się dzieje, bo około pierwszej w nocy do klubu uderzają jak jeden mąż tłumy, zaczyna grać dziwna muzyka, wszyscy zaczynają podskakiwać i są spoceni i napaleni. Ja wiem, że to nie dla mnie i uciekam. To ciekawy obrazek, ale nieco razi po oczach. Czy oni wiedzą czego chcą? Czy tak podskakując i ocierając się o innych mają jakiś konkretny cel? Taki, który nie trwa tylko tej nocy, oczywiście. Chyba nie, więc tym bardziej staram się zrozumieć ten spęd. Ale jest fajnie. Ludzie tańczą, gra muzyka, a my mamy po dwadzieścia lat. I jest fajnie. Ale czego my, do cholery, szukamy w takich miejscach? Jedziemy dalej krętymi ulicami Valencii i słuchamy Myslovitz.


sobota, 2 stycznia 2016

Doskonale wiem, że patrzę tylko w dobrą stronę

Trzy dni temu stałam na dworcu. Obserwowałam co dzieje się na krakowskiej hali, czekałam. Poświąteczne wyprzedaże jeszcze nie przestały wzbudzać emocji, a przechodnie skuszeni tymi promocjami, biegli nawet do księgarni, pod którą stałam. Jednocześnie trwały przygotowania do największej imprezy w roku. Do Krakowa przybyło mnóstwo Hiszpanów i wszelkiej maści Latynosów, zauważyłam. Lubię dworce. Ludzie się śpieszą, potrącają walizkami na kółkach, pędzą ku jakiemuś celowi. Pomimo tego chaosu, panuje tu dziwna harmonia. Prócz tego jest tu mnóstwo tęsknych uścisków, pocałunków, tych najprawdziwszych, i pożegnań na chwilę lub na zawsze. Ku mojemu zaskoczeniu, spędziłam na dworcach wiele czasu w ubiegłym roku. Czekając, tak jak przedwczoraj, żegnając się, panicznie szukając właściwego przedziału, ale i stojąc w tej niebotycznie długiej kolejce po bilet, bo akurat moich pieniędzy automat nie chciał przyjąć. Na dworcach jednak głównie wzbudzałam zainteresowanie mając energicznie rękoma niczym osoba niespełna rozumu, ale także irytację, gdy nie patrzyłam kto oberwał moją torbą, w której niezmiennie woziłam za dużo rzeczy. W 2015 zrobiłam jednak o wiele więcej. I często, niczym kot, spadałam na cztery łapy.

Po raz pierwszy (i na szczęście ostatni) napisałam maturę, po raz pierwszy rozpoczęłam studia, po raz pierwszy zamieszkałam sama. To chyba najbardziej znamienne z moich osiągnięć. To coś, czym karmi się dawno niewidzianą rodzinę, która poza jednym z tych rzadkich spotkań z okazji świąt/urodzin/rocznicy, nie poznałaby mnie na mijając na ulicy. W ubiegłym roku jednak, co ważne, skutecznie toczyłam wojny z samą sobą, przesuwałam własne granice i uczyłam się jakoś doceniać te ciemne i ciche piątkowe wieczory. Nauczyłam się iść na kompromisy. I z sobą, i z innymi. Ale i zaakceptowałam to, że należy robić sobie prezenty. Ode mnie dla mnie. Choć raz na miesiąc, bo kilka razy więcej i zwariowałabym ze szczęścia. Te drobne przyjemności wyrównywałam nakładem pracy, ale szczerze mówiąc, często przesadzałam z tym drugim. Dzięki temu jednak stałam się mistrzem organizacji, dziś, jeśli chcę, piątek czy niedzielę zmienię w najbardziej produktywne godziny. I lubię nawet poniedziałki.

W 2015 zdarzało mi się nawet tańczyć. Szczególnie do piosenek w języku, którego nie rozumiem; szczególnie wtedy, gdy wspomagana byłam procentami; szczególnie wtedy, gdy radzono mi odpuścić i się bawić. I wiecie co? Było super. Bo chyba chodzi o to, że nie zawsze trzeba być doskonałym. A to właśnie przez te ubiegłoroczne niedoskonałości, mogę teraz wspominać sytuacje, które bawić mnie będą już do końca życia. W 2016 obiecuję sobie, że wciąż cudem lądować będę na cztery łapy. W 2016 będę wciąż słuchać złej muzyki, zabierać znajomych na mecze piłki nożnej, która kiedyś wreszcie ich zainteresuje, będę chodzić do nowych barów i wciąż śmiać się z tego, będę odbierać telefony po północy i w godzinach, które nie wróżą niczego racjonalnego, będę pisać więcej do siebie i dla siebie, będę wciąż nieco samolubna, bo tak mi z tym dobrze. Będę dalej oglądać animowane seriale komediowe. Będę przeganiać gołębie z dachu. Będę uczyć się hiszpańskiego. Będę czytać więcej mądrych książek. Będę robić wiele rzeczy. Lecz nie obiecuję sobie, że je zrobię. Bo obiecywać samej sobie nie umiem. Ale z łamania takich obietnic czasem wychodzą ładne sprawy. Sprawy niespodziewane. I Wam, i mnie, i dostawcy pizzy w Sylwestra życzę szczęścia w nowym roku.

poniedziałek, 2 listopada 2015

Bo nogi poniosły mnie tam, gdzie nie chciałam

Spaceruję. Po Kazimierzu, nad Wisłą, zahaczam o Podgórze i nigdy nie wędruję po Krowodrzy. Spaceruję po Krakowie. Mieście moim, naszym, waszym. Minął już miesiąc mojego wcale nie wyczerpującego zmagania się ze studiami. Rozpoczął się czwarty miesiąc mojego pomieszkiwania we własnych czterech ścianach, na niewielkiej przestrzeni o ciszy przerywanej jedynie muzyką, którą puszczam wieczorami. Często wychodzę. Tak, jak to bywało na początku wakacji. Kiedy nie miałam co ze sobą zrobić, dni były zbyt długie i wypełnione milczeniem. Kiedy była to cisza i błoga, i denerwująca. Chodzę bez celu, czasem odkrywam nowe tereny, choć mam swoją ulubioną trasę na dwie godziny ze słuchawkami w uszach. Byłam tam dzisiaj. Choć zajęło to trochę dłużej, bo nogi poniosły mnie tam, gdzie nie chciałam.

Kiedyś to była wycieczka! Tłumy obcych twarzy, angielski, niemiecki czy hiszpański słyszane na każdym rogu. Byłam tu przecież wiele razy, lecz nigdy nie miałam tych czterech ścian, do których chce się wracać. I wszystko było fascynujące. Fascynująca była ta pani, ta cała w złocie, przy Mariackim, fascynujący byli mężczyźni na szczudłach, kilometrowe wycieczki, smok wawelski, który niezmiennie obskakiwany jest przez dzieci, a i to siedzenie nad Wisłą miało swój czar. Czar nieodparty, bo zdarzało mi się tam spędzić godziny z książką, gdy to słońce grzało jeszcze tak mocno, że nie chciało się wstawać i iść dalej. Spacer Rynkiem, Grodzką, ścieżką przy Wiśle. Utarte szlaki. Z czasem zaczęłam chodzić dalej, przekraczać mosty i iść nawet tym brzegiem rzeki, którym nikt nie chodzi. I już zaczęłam czuć się nieco lepiej, mniej obco i trochę bardziej w domu. Trochę bardziej na miejscu, bo z czasem nauczyłam się jak jeździć nocnymi, gdzie jedzie ten autobus, który tak często widuję i jak wybrać najlepsze połączenie na tą czterdziestominutową podróż, którą zwykłam odbywać z punktu A do punktu B. Było upalnie, a wakacje trwały w najlepsze.



Zatoczyłam koło. Leci czwarty miesiąc, ja mam wrażenie, że byłam już wszędzie i widziałam wszystkie murale. Wiem, że nie. Wiem, że nie byłam jeszcze na Nowej Hucie, obcy mi Bieżanów, a na Bronowicach jest przecież galeria i Ikea. Jednak nie sposób się już zgubić. Jazdę ostatnim tramwajem do mieszkania opanowałam do perfekcji, znam wszystkie tanie księgarnie, na Floriańskiej jest za dużo ludzi jak na mój gust i mam już swoje ulubione puby, lecz teraz już rzadziej je odwiedzam. Dziś Kraków trochę uderzył mnie po twarzy. Jestem trochę jak narząd odrzucony po przeszczepie, ale wciąż walczę. I staram się nie zważać na to, że szóstka pojechała inaczej niż miała, kawałek chodnika na mojej trasie odgrodzono, a ta ławka, na której chciałam usiąść była zajęta. Że wiem o czym mówią wiekowi Krakowiacy w tramwaju, że po raz kolejny idę do tej samej kawiarni, że FORUM Przestrzenie wygląda tak dziwnie, tak pusto i nie tak, jak w wakacje. Że jest to trochę miasto duchów. Bo jestem tu już na tyle długo, by miejsca te oznaczać jako swoje, ale na tyle krótko, bo wiązać je jedynie z pojedynczymi zdarzeniami.

Przypominam sobie jak to było, kiedy jeszcze nieco niepewnie wracałam przez osiedle o trzeciej w nocy, jak uczyłam się na pamięć kodu do wejścia budynku czy pilnowałam się z wysyłaniem stanu liczników wody o czasie. Teraz nie ma niespodzianek, przywykłam do tego jak "chodzi" lodówka w nocy, do hałasowania gołębi na dachu, no i wiem też, do której czynna jest Biedronka po drugiej stronie ulicy. Przeprowadzka tak kiedyś ekscytująca jako kolejny, wielki krok w dorosłość, jest teraz jednym z wielu mieszkań na mojej drodze. Śmiać mi się chce na wspomnienie pierwszej drogi na uczelnię, nerwowego odliczania przystanków tramwajowych, byle by tylko go nie przegapić czy przeglądanie jakdojadę w czasie eskapady przez całe miasto. I znów spaceruję. Dużo myślę. Dużo analizuję i robię dalekosiężne plany, których pewnie nigdy nie spełnię. Teraz jestem tu. Idę dalej. Nie zatrzymuj mnie.


poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Promocja na głupotę

Nie ucz się przed studniówką. Koniecznie jedź na pielgrzymkę do Częstochowy. Ani się waż obcinać włosy. Czerwona bielizna i podwiązka są ważne. Tego nauczyłam się w minionych miesiącach i z radością obcięłam ponad połowę włosów w marcu, a podczas szkolnej wycieczki na mszę i desperackie modły, zrobiłam sobie dzień wolny i spałam do dziesiątej. A matura? Nie zdam. O nie.

Jestem zmęczona. Jestem zmęczona ośmiomiesięcznym przypominaniem o egzaminie dojrzałości (którego jeśli nie zdamy, czeka nas niechybna śmierć), o formułach, które powstały tylko dlatego, żeby zdanie owego testu nam uniemożliwić, jestem zmęczona widokiem repetytorium, zmęczona Panem Tadeuszem, Dziadami i innymi dziełami wszech czasów, których tknąć nie mogę choćby małym palcem, zmęczona wynikiem, którego choć jeszcze nie mam, definiuje mnie jako człowieka, a przynajmniej taka waga jest do niego przywiązywana. Dumnie wypinam pierś i chwalę się tytułem absolwenta liceum, co tak naprawdę nie ma znaczenia, ale jest odebraniem kolejnego dyplomu i uczestnictwem w zbyt długim i nieco żenującym zakończeniu klas trzecich. Ale cieszę się. Naprawdę się cieszę. Bo mogę w poniedziałek o jedenastej popijać herbatę i oczyszczać nieco umysł przed przyszłotygodniową Apokalipsą maturzystów. Na Facebooku kursy maturalne z polskiego czy innych przedmiotów (choć z tych rzadziej) pojawiają się niczym natrętne reklamy w Internecie, starsi znajomi apelują o spokój, bo przecież sesja to dopiero tragedia, a sami maturzyści zachowując względny spokój, pogrążają się w histerii. A czy ja histeryzuję? Jeszcze nie. Nie wykluczam, że dzień przed, nie będę wiedzieć nawet jak się nazywam, ale teraz zaskakuję sama siebie spokojem i organizacją czasu.

Nawet mniej narzekam. Nie jęczę, że dużo do nauki, nie narzekam, że czemu ja i śpię po nocach. Bardzo chciałabym mieć to już za sobą. Tak żeby dzień stał się nieco bardziej produktywny. Bo choć teraz doba to dla mnie hektolitry herbaty (zamiennie z kawą), kolejne vademecum, repetytorium, omówienie lektur i czasem jedynie dwugodzinna przerwa, którą daję sobie, by obejrzeć wieczorny mecz, to czuję, że nic nie robię. Ciągnie mnie niemiłosiernie do jakiejkolwiek formy działania, do planów, które mam na wakacje, do nowych miejsc. Gdziekolwiek, byle wyrwać się z własnych czterech ścian i ciepłego łóżka z ogromem poduszek. Bo choć jest tu całkiem wygodnie, a ja jestem zmęczona, to niezwykle monotonne jest to wszystko. W przeciągu tego miesiąca wyrobiłam perfekcyjną machinalność, odznaczam kolejne zrealizowane punkty, ale jednocześnie przewiduję wypalenie się, nawet zdania nie kleją mi się już tak, jak lubię.

Czym będzie dorosłość? Monotonią, znużeniem, złością, zawodem, rezygnacją z marzeń? Mam nadzieję, że nie, choć zwykle tak mi to sygnalizowano. Czy dorosłość będzie samodzielnym dokonywaniem wyborów i cieszeniem się samodzielnością? Poczyniłam pierwszy krok. Z kilku uczelni i kilkunastu kierunków zdecydowałam się na jeden. Jeden. Dość oczywisty dla mnie, jak na to teraz patrzę. Cieszy mnie to. Wątpliwości się rozwiały, sytuacja uprościła, a ja jestem ciekawa nieznanego. I mam nadzieję, że nieznane mnie nie zawiedzie i nie będzie ani trochę przypominać mi tego znanego. Bo zakładam, że nieznane będzie nieco bardziej dojrzałe, ogarnięte, skupiające się na rzeczach ważnych i użytecznych, na dobrej organizacji i małych przyjemnościach w odkrywaniu w sobie nowej, lepszej osoby. Liceum to taki śmieszny czas, rozumiecie? Czas, gdy wszyscy są względnie dorośli, choć nikt nie jest. Czas, gdy każdy wie lepiej, każdy jest mądry, choć wszyscy są głupi. I głupota ta niekiedy osiąga taki dziwny poziom, który jest absurdalnie nieadekwatny do dorosłości, o której wszyscy jesteśmy doskonale przekonani. Taki czas. Skończymy, wyjedziemy, zapomnimy. Będą ciekawsze rzeczy do roboty. I mam nadzieję, że przetrwamy to wszyscy.

Daję znać, że żyję. Że potrzebuję pewnego przebudzenia, powiewu świeżości, beztroski i dobrej książki. Nawiasem mówiąc, dobre książki nieustannie do mnie przychodzą, ale ja nie jestem teraz na tyle dobra, by ze spokojną głową się za nie zabrać. Nie żyjcie na wiecznym countdownie, to wykańcza. Kończymy pewną grę, zaczynamy bycie ludźmi dorosłymi (czyli mniej lub bardziej ogarniętymi niż dotychczas), a ja mam nadzieję, że umiem w to grać. I mam nadzieję, że ta gra będzie ciekawsza, bardziej ekscytująca i inspirująca niż Komnata tajemnic została otwarta napisane markerem na drzwiach w damskiej toalecie, plakaty imitujące internetowe memy podczas wyborów przewodniczącego Szkolnej Rady Uczniowskiej, kolejne diety i ćwiczenia w walce o szczupłą sylwetkę jako wartość nadrzędną i Gangnam Style na szkolnej akademii. Lubię myśleć, że jest jeszcze tyle rzeczy do odkrycia. Lubię pogrążać się w zadumie nad przyszłością, nad tym, co będę robić i czy w ogóle będę robić to, co chciałabym, jakich ludzi spotkam, jacy ludzie spotkają mnie, jakich niezwykłych zjawisk będziemy świadkami. Bo lepiej wierzyć, że będziemy. Że zobaczymy coś niezwykłego w czymś zwykłym.

Ważne, żeby nie było nudno.

środa, 31 grudnia 2014

2014 żegnam z ulgą...

Rok 2014 był... dziwny. Potraktuj, Czytelniku, to niezbyt elokwentne określenie jako nie mój brak pomysłu, a apatię. Nie działo się zbyt wiele w ciągu tych 365 dni, zdarzały się jednak pojedyncze momenty kiedy czas przyspieszał, a ja poddana rytmowi gubiłam wszystko po drodze. Choć bardzo bym chciała, to infantylne w mojej głowie określenie kończącego się roku nie jest nacechowane pozytywnie. Na własne życzenie rozpoczęłam go samotnie wsłuchując się w wystrzały petard, okrzyki i inne nieartykułowane dźwięki, a następnie zeszłam na ziemię i wciągnęłam się w wir codzienności. Nie do końca mogę powiedzieć, że nie oczekiwałam niczego, że byłam obojętna. Bo co prawda tak nie było. Nigdy nie jest. W 2014 roku pogrzebałam wiele nadziei, chowałam się nie wiadomo przed czym i uciekałam pod koc z kubkiem herbaty, bo tak było dla mnie wygodnie. W końcówkach roku często wspominam poprzednie noce sylwestrowe, te pozornie magiczne przełomy dat. Niektóre z sentymentu sprawiają, że się uśmiecham, z drugiej jednak strony wiem, że trzeba iść dalej i pewne rzeczy zostawić za sobą. I nigdy nie wracać. 

Często rozkazuję sobie dorosnąć. Nie zawsze jednak ma to sens, bo gdyby mnie spytać jak się czuję, mogłabym odpowiedzieć, że czuję się staro. Nie jestem jednak zbyt mądra, jak to zwykle bywa w przypadku osób starszych, doświadczonych. Czytanie mądrych książek jednak nie zrobi ze mnie osoby inteligentnej. Choć ten 2014 nie był najwspanialszy, to z ręką na sercu mogę powiedzieć spełniłam parę swoich osobistych zachcianek, a okres wakacyjny należał do tych najczęściej i najmilej wspominanych. Był taki czas, który stał pod znakiem wyjazdów. Na żywo zobaczyłam dwie skrajnie różne, choć obie ulubione grupy, a mówię tu o koncercie Linkin Park i meczu Realu Madryt. Takie małe rzeczy ukształtowały ten rok i choć mam wrażenie, że personalnie zawiodłam, to wyjazdy te i masa ludzi, którzy stworzyli jedną noc na sto w Krakowie sprawiają, że się uśmiecham. Zyskałam tym sposobem parę osób, które zagoniłam na karaoke, i których ujęłam na zdjęciach przechowywanych teraz skrzętnie w ulubionym albumie. A w przyszłym roku jedna przygoda się skończy, następna się zacznie...

Jeśli chodzi o Ja subiektywnie, przyspieszyłam. Nawiązałam dwie pierwsze współprace, poszerzyłam horyzonty i ewoluowałam, z czego teraz jestem dumna. Od jutra początek maja stanie się bardziej rzeczywisty niż był do tej pory, a ja poczuję na karku oddech potwora zwanego maturą. Już teraz wiem, że początek roku nie będzie obfitował w niezliczoną ilość nowych postów, bo żeby zrobić coś dobrze, trzeba się na tym w pełni skupić, a ja, jak podejrzewasz, za punkt honoru wzięłam sobie zdanie majowych egzaminów, i to jak najlepiej. W 2015 roku życzę i Wam, i sobie dużo uśmiechu, możliwie najmniej rozczarowań, fantastycznych wspomnień, które będziemy jeszcze długo ze sobą nosili i realizacji planów, nawet tych najśmielszych. Minione dwanaście miesięcy pomogło mi zebrać się w sobie i ustalić czego naprawdę chcę od życia i choć były wzloty, były upadki, to teraz jestem wreszcie pewna przynajmniej nadchodzącego roku. Całkiem niedawno punkt zaczepienia znalazłam w prozie i poezji Schulza i Bukowskiego, więc chciałabym, przynajmniej dla siebie, żeby cytat ten nie definiował nadchodzącego roku, a dał motywację i siłę do działania.

To jest naj­większe nie­szczęście - nie wyżyć życia. 
Bruno Schulz - listy

Do zobaczenia w przyszłym roku,
Izabela

niedziela, 28 września 2014

Slowa ocenzurowane, czyli...

... Tydzień Zakazanych Książek. Idea ta wywodzi się ze Stanów Zjednoczonych, gdzie to w Konstytucji mowa jest o wolności słowa. Amerykanie przywiązują do tej poprawki ustawy wielką wagę, ba! są z niej dumni i okazują to przy każdej nadarzającej się okazji. Tak też uczynili w roku 1982, kiedy rozpoczęto coroczne celebrowanie wolności słowa, wolności intelektualnej, tej rozumianej w szerokim znaczeniu jako prawa niemalże podstawowego. Od tamtego roku wiele z amerykańskich instytucji poczynając od księgarni, poprzez biblioteki, a kończąc na wydawcach czy pojedynczych czytelnikach łączy się w wielką książkową społeczność, której zadaniem jest uświadomienie światu jak uboga byłaby dla nas dzisiaj literatura, gdyby wielkie dzieła nie obroniły się przed łatką niepoprawności, często politycznej.

Obchody tej akcji przypadają na ostatni tydzień września. W tym roku w dniach 21-27 września przypominaliśmy i zachęcaliśmy do lektury pozycji ocenzurowanych z różnych powodów. Zwykle spotykamy się z zakazaniem ich z politycznego punktu widzenia i obrazy uczuć religijnych, ale równie często zawierają one wulgarny język, przemoc, rasizm, motywy pornograficzne, używki czy są nieodpowiednie dla pewnej grupy wiekowej. Niewygodne utwory były odrzucane już wieki temu. Wszystko, co mogłoby wywołać kontrowersję, kłopotliwe pytania czy zmusiłoby ludzi do samodzielnego myślenia było palone, także publicznie za czym szły tłumy. Dziś wprawdzie już nie spalamy publicznie książek, ale słyszy się, że zdeterminowane grupy rodziców chcą wycofać poszczególne pozycje, gdyż w rękach ich dzieci treści te mogłyby okazać się niebezpieczne.

Książki dawniej zakazane są dzisiaj zaliczane do kanonu najwybitniejszych powieści klasycznych i znane są niemal wszystkim. Co znajdziemy na liście zakazanych książek? Między innymi 1984 Orwella czy jego Folwark zwierzęcy, Lolitę Nabokova, którą dzisiaj możemy oglądać na półce każdej księgarni, Szkarłatną literę Hawthorne'a, Ulisses Joyce'a czy Dekameron Boccaccia, o którym obecnie jest mowa w książce do języka polskiego, Jądro ciemności Conrada, a także Panią Bovary Flauberta, która jest jedną z lektur w szkole średniej. A co takiego jest w nich nieodpowiednie? Przykładowo: Buszujący w zbożu, J. D. Salinger - wielokrotnie usuwana z księgarni, bibliotek, a także kanonu lektur w USA. Dziś dostępna dla czytelnika, dawniej uznana za nieodpowiednią, obsceniczną, bluźnierczą, podważającą morale. Czy także Wielki Gatsby, F. Scott Fitzgerald - przedstawia życie bogatych i niemoralnych, lata 20., czas prohibicji i odurzania się narkotykami czy alkoholem. Zakwestionowana przez swój język i wielokrotne nawiązania do seksu.

Świętowanie Tygodnia Zakazanych Książek jest oczywiście akcją marketingową w wielu zakątkach świata, bo dziś oczywiście można zarobić na wszystkim, ale nie bez powodu. Te książki są ważne i zasługują, żeby o nich mówić czy pisać. Liczy się zainteresowanie ludzi powyższymi tytułami, bo mówiąc o nich przyczynimy się do tego, że Pan Kowalski chwyci w dłoń jeden z nich, a po lekturze jego świat wywróci się do góry nogami i nasz statystyczny Polak doświadczy chwili olśnienia. Nie będzie tak oczywiście z każdą książką, ale może Pan Kowalski znajdzie kiedyś jego powieść idealną, a wzrost czytelnictwa wzrośnie i statystyki nie będą już nas straszyć. Tydzień Zakazanych Książek powstał po to, żeby pokazać moc słowa, potęgę literatury; zwrócić uwagę na niebezpieczeństwa, które wiążą się z ograniczeniem informacji, które w niektórych częściach świata istnieje nawet dziś, w XXI wieku.

Cenzurowanie jest złe. Tak uważam i będę to mówiła głośno i wyraźnie. Czytanie dobitnie pokazało mi świat to skomplikowane miejsce i pomimo jego różnorodności, potrafi być niebezpieczne. Niektóre książki przeczytałam w zbyt młodym wieku i założę się, że wielu zrobiło to samo. To jest właśnie piękno literatury. Dorośniemy, przeczytamy na nowo, zrozumiemy. A w końcu uświadomimy sobie jak wiele przeczytanych książek ukształtowało nas takimi, jakimi jesteśmy. Jeśli jedna z nich sprawia, że czujesz się niekomfortowo, odłóż ją. Wróć do niej później albo nie wracaj już nigdy. Zakazywanie ich mija się z celem. Nie świętujmy więc zakazywania książek, świętujmy wolność intelektualną, która przy dzisiejszym szumie informacyjnym powoli przestaje być doceniana.

Chwyć w dłoń jedną z Twoich ulubionych pozycji z listy zakazanych lub tą, o której słyszałeś coś ciekawego. Czytaj i ciesz się faktem, że dziś nikt Cię przed tym nie powstrzymuje. Pokaż innym co czytasz, nagraj film na youtube, napisz na blogu co ona dla Ciebie znaczy, powiedz o niej znajomym. Bo możesz.

środa, 7 maja 2014

Dlaczego nie chce nam się chcieć?


Bo to nie ma sensu, a nawet jak ma, to się nie uda, więc po co się tym przejmować? Bo się boję, bo koleżanka mi powiedziała, że to zły pomysł, bo wymaga to za dużo wysiłku. Nie oszukujmy się, dzień w dzień czegoś pragniesz, a nawet wstajesz rano z łóżka z ogromną motywacją, która doprowadzić Cię ma do czynów wielkich, ba!, największych. Nagle wszystko to ucieka gdzieś bez jakiegokolwiek śladu oprócz pytania „a co jeśli… (i tu wstawiamy miliardy wątpliwości, które przychodzą nam do głowy)?” wyjącego niczym syrena w naszej głowie. Więc co ty robisz, kiedy wszyscy krzyczą na Ciebie, żeby się wycofać?

Znajduję się ostatnio w takim oto dziwnym miejscu, że nie chce mi się chcieć. Najlepiej przeleżałabym wygodnie cały dzień gapiąc się w sufit i odkrywając coraz to nową plamkę lub inną jego niedoskonałość. Teoretycznie nie mam nic bardzo ważnego do zrobienia, terminy żadne mnie nie gonią, więc czym tu się przejmować? Nawet pomimo poprzednich dwóch dni spędzonych aktywnie, w granicach normy, poza domem, to mam jednak wrażenie, że jakoś stanęłam w miejscu. I od pewnego czasu nie ruszam dalej z tego znajomego miejsca. I nie cieszy mnie to. Więc piszę.

Z motywacją jest tak, że albo jest, albo jej nie ma. Rzadko kiedy jest coś po środku tego bałaganu. Co dzień wstajesz o tej samej godzinie i odbębniasz ten sam plan dnia, aż w końcu wszystko co robisz, robisz mechanicznie. Ja wiem, dorosłość jest taka, a nie inna i zlituj się, dziewczynko, bo nie wiesz o czym mówisz. Może i nie wiem, ale za to wiem z doświadczenia, że rutyna może Cię wykończyć w każdym wieku.

Żeby pozbyć się tego może zrobić różne rzeczy i przecież nie musisz całkiem odbiegać od tego wytyczonego z góry układu dnia. Co jak co, ale pan z autobusu, który bez słowa podaje Ci bilet i odwraca się w stronę kierownicy tępo wpatrując się w przestrzeń przed nim czy ta zmęczona młodzież atakująca Cię ulotkami na rogu ulicy nie nastraja zbyt pozytywnie. Nie róbmy tego samego. Znajdź cel w tym co robisz, postaraj się cieszyć tymi małymi, codziennymi rzeczami i… żyj, po prostu.

Oczywiście kiedy już zakiełkuje w Twojej głowie jakiś ambitny plan i podzielisz się nim z kimś możesz spotkać się z „nie, lepiej tego nie rób, bo…”. Jeśli oczywiście Twoi bliscy należą do takich, którzy będą Cię wspierać i wręcz popychać do działania, to hej, wygrałeś życie! Gorzej kiedy tego wsparcia nie masz, ale nie łam się. Jeśli Ty widzisz w tym jakiś cel, coś co Cię uszczęśliwi, to na co czekasz? Działaj.

Są jednak takie dni, kiedy żyć akurat Ci się nie chce i spędzasz czas tak jak ja w drugim akapicie, tudzież przed komputerem bądź telewizorem i nawet słońce za oknem czy okrzyki motywacji ze strony pani Chodakowskiej wcale nie pomagają. Co ja robię? Myślę sobie o tym, że nie chcę obudzić się za paręnaście lat mając uczucie, że czas uciekł mi przez palce i ucieka dalej, a mi się wciąż nic nie chce. Dla mnie osobiście największą motywacją są ludzie. Ci znani, ci nieznani, a nawet ci, o których świat może nigdy nie usłyszy, a i oni sami nie wiedzą, że gdzieś tam jest ktoś, kto pozazdrościł i odnalazł nową pasję. 

Tacy właśnie ludzie, którzy zainspirują mnie najmniejszą rzeczą sprawiają, że chcę chcieć i chcę się rozwijać. A Wam życzę żebyście znaleźli takich swoich mentorów. Nie zapominajmy, że życie jest jedno i kiedyś możemy żałować, a będzie już za późno. Cytując Jeżozwierza Lipali „Chciej, ja błagam cię, chciej”.

A jakie są wasze sposoby na takiego motywacyjnego kopa?

sobota, 22 marca 2014

Nie stój w miejscu

Uwaga! Dzisiaj już oficjalnie zmieniam adres bloga. Zabierałam się do tego długi czas, ale od teraz znajdziecie go pod adresem jasubiektywnie.blogspot.com W związku z tym, żeby widzieć moje nowe posty u siebie musicie odświeżyć kanał bloga, czyli zaobserwować mnie ponownie. Byłoby mi bardzo miło, gdybyście to zrobili, więc z góry dziękuję!

_____________________________________________________________________________________



Co mnie tknęło? Wiosna, słońce czy przypadkowa myśl? A może nic. Może tylko zabijam czas. Ale nie chcę stać w miejscu. Powiedzmy sobie szczerze. Nie jest to ani kreatywne, ani ekscytujące. No bo co można zyskać?

Kochamy, wręcz lubujemy się w mówieniu o tym, że nigdy się nie zmienimy. Pozostaniemy wciąż tacy sami, niezmienni i niezachwiani w swoich poglądach. Ale czy na pewno chcemy, żeby nasz światopogląd i plany wciąż latami się ciągnęły nie zmieniając ani odrobinę? Tak jest chyba łatwiej, prawda? Nie podejmować ryzyka, a co za tym idzie – nic nie tracić. Z pewnością bezpieczniej trwać w tym samym i mieć tą stabilność, grunt pod nogami. Nic nie zyskujemy, nic nie tracimy. A możemy się jedynie cofać. Z drugiej strony mówi się, że człowiek się nie zmienia, a to my po prostu lepiej go poznajemy. Ale wiecie, zmiany są chyba nieuniknione. Lubię je. Zmiany są ciekawe. Lubię zmienić kolor włosów, zdjęcia na ścianie czy tapetę w telefonie. Lubię ten mały powiew świeżości. Pomaga, kiedy zwykły kop w tyłek motywacji nie wystarcza. Rutyna oczywiście też jest dobra, ale tylko wtedy, kiedy nie trwa zbyt długo. 

Wszystko wokół się zmienia. Drzewa zaczynają kwitnąć na wiosnę, babcia farbuje swoje siwe włosy, o czym rozprawiają wszystkie panie z piętra, a córka sąsiadów wkracza w ciemny okres i tylko miga ci przed oczami w glanach i długim płaszczu. I dobrze, bo miło się na to patrzy. Nie bądź mistrzem w prokrastynacji. Zetnij włosy, poprzestawiaj meble czy wróć do domu inną drogą niż zwykle. Włącz wesołą piosenkę i tańcz po pokoju. Ot tak, żeby poczuć się lepiej. I cieszyć się chwilą, bo nikt za nas tego nie zrobi. Choćby te najdrobniejsze sprawy mogą nas cieszyć, a to krok do czegoś większego.

Ja naprawdę kocham zmiany. Lubię czytać opiniotwórcze artykuły, lubię oglądać inspirujące filmy czy czytać książki o podobnej tematyce, które powodują u mnie zawias na parę dobrych godzin. A kreatywności zawsze będę kibicować. Podjęcie decyzji i skok na głęboką wodę nie jest łatwy, ale trzymam za Ciebie, i za nas, kciuki.