środa, 7 maja 2014

Dlaczego nie chce nam się chcieć?


Bo to nie ma sensu, a nawet jak ma, to się nie uda, więc po co się tym przejmować? Bo się boję, bo koleżanka mi powiedziała, że to zły pomysł, bo wymaga to za dużo wysiłku. Nie oszukujmy się, dzień w dzień czegoś pragniesz, a nawet wstajesz rano z łóżka z ogromną motywacją, która doprowadzić Cię ma do czynów wielkich, ba!, największych. Nagle wszystko to ucieka gdzieś bez jakiegokolwiek śladu oprócz pytania „a co jeśli… (i tu wstawiamy miliardy wątpliwości, które przychodzą nam do głowy)?” wyjącego niczym syrena w naszej głowie. Więc co ty robisz, kiedy wszyscy krzyczą na Ciebie, żeby się wycofać?

Znajduję się ostatnio w takim oto dziwnym miejscu, że nie chce mi się chcieć. Najlepiej przeleżałabym wygodnie cały dzień gapiąc się w sufit i odkrywając coraz to nową plamkę lub inną jego niedoskonałość. Teoretycznie nie mam nic bardzo ważnego do zrobienia, terminy żadne mnie nie gonią, więc czym tu się przejmować? Nawet pomimo poprzednich dwóch dni spędzonych aktywnie, w granicach normy, poza domem, to mam jednak wrażenie, że jakoś stanęłam w miejscu. I od pewnego czasu nie ruszam dalej z tego znajomego miejsca. I nie cieszy mnie to. Więc piszę.

Z motywacją jest tak, że albo jest, albo jej nie ma. Rzadko kiedy jest coś po środku tego bałaganu. Co dzień wstajesz o tej samej godzinie i odbębniasz ten sam plan dnia, aż w końcu wszystko co robisz, robisz mechanicznie. Ja wiem, dorosłość jest taka, a nie inna i zlituj się, dziewczynko, bo nie wiesz o czym mówisz. Może i nie wiem, ale za to wiem z doświadczenia, że rutyna może Cię wykończyć w każdym wieku.

Żeby pozbyć się tego może zrobić różne rzeczy i przecież nie musisz całkiem odbiegać od tego wytyczonego z góry układu dnia. Co jak co, ale pan z autobusu, który bez słowa podaje Ci bilet i odwraca się w stronę kierownicy tępo wpatrując się w przestrzeń przed nim czy ta zmęczona młodzież atakująca Cię ulotkami na rogu ulicy nie nastraja zbyt pozytywnie. Nie róbmy tego samego. Znajdź cel w tym co robisz, postaraj się cieszyć tymi małymi, codziennymi rzeczami i… żyj, po prostu.

Oczywiście kiedy już zakiełkuje w Twojej głowie jakiś ambitny plan i podzielisz się nim z kimś możesz spotkać się z „nie, lepiej tego nie rób, bo…”. Jeśli oczywiście Twoi bliscy należą do takich, którzy będą Cię wspierać i wręcz popychać do działania, to hej, wygrałeś życie! Gorzej kiedy tego wsparcia nie masz, ale nie łam się. Jeśli Ty widzisz w tym jakiś cel, coś co Cię uszczęśliwi, to na co czekasz? Działaj.

Są jednak takie dni, kiedy żyć akurat Ci się nie chce i spędzasz czas tak jak ja w drugim akapicie, tudzież przed komputerem bądź telewizorem i nawet słońce za oknem czy okrzyki motywacji ze strony pani Chodakowskiej wcale nie pomagają. Co ja robię? Myślę sobie o tym, że nie chcę obudzić się za paręnaście lat mając uczucie, że czas uciekł mi przez palce i ucieka dalej, a mi się wciąż nic nie chce. Dla mnie osobiście największą motywacją są ludzie. Ci znani, ci nieznani, a nawet ci, o których świat może nigdy nie usłyszy, a i oni sami nie wiedzą, że gdzieś tam jest ktoś, kto pozazdrościł i odnalazł nową pasję. 

Tacy właśnie ludzie, którzy zainspirują mnie najmniejszą rzeczą sprawiają, że chcę chcieć i chcę się rozwijać. A Wam życzę żebyście znaleźli takich swoich mentorów. Nie zapominajmy, że życie jest jedno i kiedyś możemy żałować, a będzie już za późno. Cytując Jeżozwierza Lipali „Chciej, ja błagam cię, chciej”.

A jakie są wasze sposoby na takiego motywacyjnego kopa?

niedziela, 4 maja 2014

Podsumowanie - kwiecień '14

 Kwiecień był dla mnie dość przyjemnym miesiącem, a zaczął się szczególnie miło. Pierwszy weekend kwietnia spędziłam w towarzystwie Ani, Klaudii, Marty i Kamili (którą to okazję miałam widzieć po raz pierwszy). Odwiedziła ona wreszcie Śląsk, który to jest centrum spotkań naszej niewielkiej grupki. Nasza przygoda zaczęła się wreszcie w Katowicach, a skończyła w pokoju na piętrze domu panny M. Po wykupieniu niemal połowy asortymentu pobliskiej Biedronki przy radosnych podmuchach wiatru, od którego niejednej pani podwiałoby spódnicę, wyruszyłyśmy do miejsca docelowego. Co tu więcej mówić... Przegadałyśmy całe popołudnie, wieczór i połowę nocy, raczyłyśmy się czekoladą i pizzą, które to stanowią podstawowe elementy diety oraz napstrykałyśmy ogrom zdjęć głupich, głupszych czy rozmazanych, aczkolwiek pamiątka zostanie. Dziękuję!

Co więcej w kwietniu udało mi się aż raz być w kinie, akurat na ekranizacji gry mojego dzieciństwa The Sims, a mianowicie Need For Speed. Poza tym było w tym miesiącu wiele różnych dni wolnych, święta, nieświęta, egzaminy czy rekolekcje też trochę tą rutynę zachwiały. I szczerze mówiąc, pomimo tych potencjalnie luźnych dni i popołudni nie miałam kiedy marnować czasu leżąc i wpatrując się w sufit czy wykonując coś równie rozwijającego. To chyba dobrze, prawda? Tak, dobrze. 

Jeśli chodzi o książki to miesiąc ten nie był najgorszy, początkiem kwietnia ukazał się drugi w tym roku stosik [link], a pomijając rozpoczęte niedawno Starcie królów Georga R.R. Martina, wyglądało to następująco:

  1. Dash & Lily's Book of Dares, Rachel Cohn & David Levithan [link]
  2. Mechaniczna księżniczka, Cassandra Clare [link]
  3. Wielki Gatsby, F. Scott Fitzgerald [link]
  4. The Perks of Being a Wallflower, Stephen Chbosky [link]

April - photo diary

Kolejne wolne dni, już po majówce, przede mną, a to za sprawą zbliżającej się wielkimi krokami matury. Nie mojej na szczęście, ta tupie już wielkimi butami, ale mam jeszcze rok, dopóki dane będzie mi się z nią zmierzyć. Tak więc chciałam życzyć maturzystom powodzenia już w najbliższy poniedziałek. A Wam wszystkim - udanego maja!
___________________________________________________________________________________
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu + 8,1 cm, więc = 37,3 cm z 157 cm.

czwartek, 1 maja 2014

"The Perks of Being a Wallflower" Stephen Chbosky



"So this is my life. And I want you to know that I am both happy and sad and I'm still trying to figure out how that could be."

The Perks of Being a Wallflower jest znana w Polsce pod prostą nazwą Charlie i jest książką, za którą chciałam się zabrać już dłuższy czas temu. Choć cieszę się, że tego nie zrobiłam, bo teraz idealnie wpasowała się w moje gusta, w to, na co miałam ochotę przeczytać. I choć nie wiedziałam dokładnie co mnie czeka, to nie zawiodłam się. A oto i dlaczego…

The Perks of Being a Wallflower to zbiór listów pisanych przez Charliego do nieznanego przyjaciela. Mają one nieco terapeutyczną formę, chłopak opisuje swoje życie, nowych przyjaciół, pierwszy pocałunek, pierwszy wypalony papieros i wszystkie te rzeczy, które robi po raz pierwszy w wieku szesnastu lat. Nic nie jest jednak tak wesołe i kolorowe, bo introwersyjny Charlie nie ma łatwo. Listy poruszają wszelkie problemy, z którymi sam sobie nie radzi, poczynając od rozpoczęcie liceum, poprzez narkotyki i dramaty życia nastoletniego, a kończąc na samobójstwie swojego najlepszego przyjaciela. W pewnym momencie życia Charliego wszystko co dotychczas tłumił w sobie wychodzi na wierzch w zastraszającym tempie, a paniczny płacz nie daje temu ujścia. Chłopak zostaje sam ze swoimi problemami, które okazują się mieć bardziej złożoną naturę. Jego samotność przełamuje dwójka nowych przyjaciół, Sam i Patrick, którzy będą mieli znaczny wpływ na to, jak Charlie zacznie postrzegać sam siebie.

Charlie poraża swoją prostotą. Jest szczery, niewinny i nieskomplikowany, aż chciałoby się zapytać dlaczego co dzień mierzy się z takim, a nie innym życiem. Jest jednym z tych, którzy liceum spędzają siedząc przy ostatnim stoliku i próbują być tak bardzo niewidzialni, jak tylko jest to możliwe. Milczą i obserwują, i często wiedzą więcej niż Ci, którzy nieprzerwanie mówią. Charlie jest osobą, z którą można się cieszyć i płakać, przegadać całą noc i spędzić dzień w ciszy wiedząc, że i tak to zrozumie. Dzieliłam z nim radość, nadzieję i lęk, to ostatnie w największym stopniu. Mogę także powiedzieć, że jest to książka, która na swój sposób zmienia tok myślenia czytelnika. Jest niesamowicie emocjonalna i dlatego nieraz nawet niełatwa, ale sądzę, że nie tylko ja po lekturze czułam się jakbym dostała porządnie w twarz. Między innymi dlatego była tak dobra.

Charlie pomimo swojej niewiedzy na temat wielu międzyludzkich spraw daje nam szansę na spojrzenie na pewne rzeczy nieco inaczej i pozostawia wiele pytań bez odpowiedzi. Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się, czytelniku, jak ważne są wspomnienia, które pielęgnujemy w naszej pamięci czy fotografie wieszane na ścianach? Czy kiedykolwiek pomyślałeś o tym jak ważne są twarze, które oglądasz dzień w dzień i jakie to będzie uczucie, kiedy zabraknie ich w Twoim życiu? Czy kiedykolwiek zatęsknisz za tym właśnie dniem, tą chwilą? The Perks of Being a Wallflower ma, jak sądzę, inny wydźwięk dla każdego z czytelników. Każdy z osobna znajdzie w tej historii coś co go uderzy w mniejszym lub większym stopniu i dla każdego będzie to miało inne znaczenie. To opowieść o niezdarnym chłopaku, który poszukuje swojego miejsca na ziemi i poznaje życie, z którym wcześniej nie miał styczności. Poza tym pełna jest pięknych metafor, pytań o sens życia, filozoficznych rozważań i pamiętnych cytatów.

Ocena: 10/10 

"And in that moment, I swear we were infinite."