sobota, 7 czerwca 2014

What I've Done

5 czerwca był długo wyczekiwaną przeze mnie datą, miesiącami odhaczałam kolejne dni, a w moim telefonie owa data również dawała ciągle o sobie znać dzięki odliczaniu. Kiedy myślałam o pierwszej mojej wizycie na stadionie wrocławskim nie sądziłam, że nie będzie ona związana z futbolem, aczkolwiek takie rozwiązanie przypadło mi do gustu... i to bardzo. Gdzieś w połowie lutego, jeśli pamięć mnie nie myli, dostałam bilety na koncert zespołu, który towarzyszył mi od dawien dawna. Z radości skakałam pod sufit, wierzę jednak, że możecie sobie chociaż w połowie to wyobrazić, bo dobrze wiem jaka byłaby Wasza reakcja na koncert jednego z ukochanych zespołów, który nie dość, że gra w Polsce, to jeszcze zostanie przez Was obejrzany na żywo. Pomińmy więc rzeczy mało istotne.

Godzina 10.00 - wyjazd z mojego miasta do Wrocławia. Samochodem, więc fajnie, szybko i bezproblemowo... do czasu. Słyszeliście o wypadku na A4? No, ja tak. Bo stałam w korku. Długo. Ruch zablokowany w obu kierunkach, ludzie wysiadają z samochodów, tudzież z TIR-ów i spacerują w tą i z powrotem. Wyobraźcie sobie mój szok kiedy przeczytałam w internecie, że utrudnienia potrwają przynajmniej dwie godziny. Na szczęście po godzince spędzonej na świeżym powietrzu ruszyliśmy i dalej nie było już problemów. Witaj, Wrocławiu!

W okolicach 13.30 parking pod stadionem był w miarę pusty, dobrze. Teraz czas na poszukiwanie połączenia spod stadionu do rynku, gdziekolwiek on jest... Jechał akurat jakiś tramwaj, wsiadłam, dlaczego nie skoro pani obok powiedziała, że dojadę, gdzie chcę. Zwiedzanie było, jedzenie było, masa zdjęć też była. Najbardziej przyjemnym widokiem było wędrowanie przez miasto w koszulce Linkin Park i mijanie przechodniów ubranych tak jak ty, bo dobrze wiesz, że w tym konkretnym miejscu o tej samej godzinie będziecie tam wszyscy razem.
18.00 - otwarcie bram. Dotarłam pod stadion nieco po szóstej, ale najwidoczniej otwarcie też się trochę przeciągnęło. Zawędrowałam pod bramki na trybuny i przyglądałam się ludziom przy bramkach na płytę, którzy z szalonymi spojrzeniami biegli w stronę stadionu, by zająć jak najlepsze miejsca. Rewelacyjny widok. Też bym biegła. Przy okazji wymieniałam smsy z Kocią, z którą planowo miałam się spotkać pod miejscem koncertu, ta jednak miała jeszcze większe problemy z dotarciem do Wrocławia, więc niestety jednie na smsach się skończyło.

Po nieco dwugodzinnym włóczeniu się po wytyczonym sektorze B, Fall out Boy rozpoczęli swój godzinny koncert. Ich muzykę też lubię, w gimnazjum szczególnie często ich słuchałam, ale po kilkukrotnym wcześniejszym przesłuchaniu ich nowego albumu wciąż nie mogę powiedzieć na nich złego słowa. Wypadli świetnie, szczególnie wzbudzili ekscytację pana parę metrów ode mnie, który z ogromnym zaangażowaniem wyśpiewywał wszystkie piosenki. Było fajnie i energicznie, a przy okazji Pete Wentz miał urodziny, o czym chłopaki zdążyli napomknąć.

Po przerwie i lekkim opóźnieniu czas na gwiazdę wieczoru, światła zgasły, a następnie zaczęły migać w szalonym tempie, kiedy usłyszeliśmy pierwsze dźwięki Guilty All The Same, nowego singla z nadchodzącej płyty. Następnie Giving Up, co podniosło wszystkich na trybunach ze swoich siedzeń i wprowadziło wszechobecną euforię. Koncert sam w sobie był fantastyczny. Osobiście cieszę się, że naprawdę spora liczba piosenek to były utwory ze starszych albumów, a chłopaki nie ograniczali się jedynie do tych najnowszych. Co prawda, to prawda, Sylwia już powiedziała o tym u siebie, najbardziej magicznym momentem było połączenie Leave Out All The Rest/Shadow Of The Day/Iridescent, kiedy wszyscy wyciągnęli latarki czy komórki i cały stadion rozbłysł małymi światełkami. Końcowe utwory to między innymi Numb, What I've Done, Bleed It Out, gdzie za sprawą wymienionego wyżej pana wszyscy dotychczas siedzący wstali i zdzierali swoje gardła w jednym rytmie.

Tu [link] możecie przeczytać relację Sylwii, ja natomiast idę kurować się dalej, bo chyba już bardziej nieodpowiedniego czasu na chorowanie nie mogłam sobie wybrać. Miłego weekendu, kochani!