niedziela, 28 września 2014

Slowa ocenzurowane, czyli...

... Tydzień Zakazanych Książek. Idea ta wywodzi się ze Stanów Zjednoczonych, gdzie to w Konstytucji mowa jest o wolności słowa. Amerykanie przywiązują do tej poprawki ustawy wielką wagę, ba! są z niej dumni i okazują to przy każdej nadarzającej się okazji. Tak też uczynili w roku 1982, kiedy rozpoczęto coroczne celebrowanie wolności słowa, wolności intelektualnej, tej rozumianej w szerokim znaczeniu jako prawa niemalże podstawowego. Od tamtego roku wiele z amerykańskich instytucji poczynając od księgarni, poprzez biblioteki, a kończąc na wydawcach czy pojedynczych czytelnikach łączy się w wielką książkową społeczność, której zadaniem jest uświadomienie światu jak uboga byłaby dla nas dzisiaj literatura, gdyby wielkie dzieła nie obroniły się przed łatką niepoprawności, często politycznej.

Obchody tej akcji przypadają na ostatni tydzień września. W tym roku w dniach 21-27 września przypominaliśmy i zachęcaliśmy do lektury pozycji ocenzurowanych z różnych powodów. Zwykle spotykamy się z zakazaniem ich z politycznego punktu widzenia i obrazy uczuć religijnych, ale równie często zawierają one wulgarny język, przemoc, rasizm, motywy pornograficzne, używki czy są nieodpowiednie dla pewnej grupy wiekowej. Niewygodne utwory były odrzucane już wieki temu. Wszystko, co mogłoby wywołać kontrowersję, kłopotliwe pytania czy zmusiłoby ludzi do samodzielnego myślenia było palone, także publicznie za czym szły tłumy. Dziś wprawdzie już nie spalamy publicznie książek, ale słyszy się, że zdeterminowane grupy rodziców chcą wycofać poszczególne pozycje, gdyż w rękach ich dzieci treści te mogłyby okazać się niebezpieczne.

Książki dawniej zakazane są dzisiaj zaliczane do kanonu najwybitniejszych powieści klasycznych i znane są niemal wszystkim. Co znajdziemy na liście zakazanych książek? Między innymi 1984 Orwella czy jego Folwark zwierzęcy, Lolitę Nabokova, którą dzisiaj możemy oglądać na półce każdej księgarni, Szkarłatną literę Hawthorne'a, Ulisses Joyce'a czy Dekameron Boccaccia, o którym obecnie jest mowa w książce do języka polskiego, Jądro ciemności Conrada, a także Panią Bovary Flauberta, która jest jedną z lektur w szkole średniej. A co takiego jest w nich nieodpowiednie? Przykładowo: Buszujący w zbożu, J. D. Salinger - wielokrotnie usuwana z księgarni, bibliotek, a także kanonu lektur w USA. Dziś dostępna dla czytelnika, dawniej uznana za nieodpowiednią, obsceniczną, bluźnierczą, podważającą morale. Czy także Wielki Gatsby, F. Scott Fitzgerald - przedstawia życie bogatych i niemoralnych, lata 20., czas prohibicji i odurzania się narkotykami czy alkoholem. Zakwestionowana przez swój język i wielokrotne nawiązania do seksu.

Świętowanie Tygodnia Zakazanych Książek jest oczywiście akcją marketingową w wielu zakątkach świata, bo dziś oczywiście można zarobić na wszystkim, ale nie bez powodu. Te książki są ważne i zasługują, żeby o nich mówić czy pisać. Liczy się zainteresowanie ludzi powyższymi tytułami, bo mówiąc o nich przyczynimy się do tego, że Pan Kowalski chwyci w dłoń jeden z nich, a po lekturze jego świat wywróci się do góry nogami i nasz statystyczny Polak doświadczy chwili olśnienia. Nie będzie tak oczywiście z każdą książką, ale może Pan Kowalski znajdzie kiedyś jego powieść idealną, a wzrost czytelnictwa wzrośnie i statystyki nie będą już nas straszyć. Tydzień Zakazanych Książek powstał po to, żeby pokazać moc słowa, potęgę literatury; zwrócić uwagę na niebezpieczeństwa, które wiążą się z ograniczeniem informacji, które w niektórych częściach świata istnieje nawet dziś, w XXI wieku.

Cenzurowanie jest złe. Tak uważam i będę to mówiła głośno i wyraźnie. Czytanie dobitnie pokazało mi świat to skomplikowane miejsce i pomimo jego różnorodności, potrafi być niebezpieczne. Niektóre książki przeczytałam w zbyt młodym wieku i założę się, że wielu zrobiło to samo. To jest właśnie piękno literatury. Dorośniemy, przeczytamy na nowo, zrozumiemy. A w końcu uświadomimy sobie jak wiele przeczytanych książek ukształtowało nas takimi, jakimi jesteśmy. Jeśli jedna z nich sprawia, że czujesz się niekomfortowo, odłóż ją. Wróć do niej później albo nie wracaj już nigdy. Zakazywanie ich mija się z celem. Nie świętujmy więc zakazywania książek, świętujmy wolność intelektualną, która przy dzisiejszym szumie informacyjnym powoli przestaje być doceniana.

Chwyć w dłoń jedną z Twoich ulubionych pozycji z listy zakazanych lub tą, o której słyszałeś coś ciekawego. Czytaj i ciesz się faktem, że dziś nikt Cię przed tym nie powstrzymuje. Pokaż innym co czytasz, nagraj film na youtube, napisz na blogu co ona dla Ciebie znaczy, powiedz o niej znajomym. Bo możesz.

poniedziałek, 22 września 2014

"Mroczne umysly" Alexandra Bracken

Każdy z nas walczy z własnymi demonami. Czasem się wygrywa, czasem przegrywa, walka jest jednak frustrująca, szczególnie, gdy zmagasz się z problemem samotnie. A co jeśli jesteś przekonany, że jesteś potworem? Monstrum, którego istnienie powinno się wymazać już lata temu? Masz naście lat, ciężką przeszłość, obawiasz się tego, co siedzi w Twojej głowie, unikasz dotyku czy najmniejszego kontaktu z drugą osobą. Żyjesz w strachu przed samym sobą, przed tym, co jesteś w stanie zrobić. Świat nie jest Ci sprzymierzeńcem, a Ci u góry i tak już przylepili wszystkim etykietki. Poddajesz się czy walczysz dalej?

Ruby dorastała w kochającej i dbającej o jej dobro rodzinie. W dniu jej dziesiątych urodzin co jednak poszło nie tak. Musiało, skoro jej rodzice nagle postanowili zamknąć ją w garażu i jak najszybciej wykręcić numer policji. W wyniku tego, dziewczyna trafia do Thurmond, gdzie rząd organizuje obóz rehabilitacyjny dla dzieciaków takich jak ona. Amerykę pokonuje tajemnicza choroba o nazwie OMNI, większość dzieciaków umiera, a reszta zaczyna wykazywać nadnaturalne zdolności, które oznakowane zostały jako „niebezpieczne”. Panowanie nad młodzieżą ma zapewnić kolorystyczna segregacja oznaczająca rodzaj ich zdolności. Obozy rehabilitacyjne wcale jednak nie leczą, dzieci nie zdrowieją, a Ruby wcale nie jest Zielona, bo tą myśl jedynie zaszczepiła w umyśle osoby odpowiedzialnej za segregację. Jako Pomarańczowa jest jedną z ostatnich swojego rodzaju, a w ślad za nią podążają jej oprawcy.

Mroczne umysły stała się hitem dystopii, gatunku, który niemalże bije na głowę inne na półkach księgarni. Swego czasu pomarańczowa okładka chodziła za mną krok w krok, aż w końcu się ugięłam i postanowiłam zanurzyć się w kolejną młodzieżową antyutopię. Z tym gatunkiem mam dość ciekawy problem. Lubię go i potrafię się w nim odnaleźć, ale pod ciężarem wszystkich powieści, które teraz świecą na czerwono słowem dystopia, boję się, że pewnego dnia będę mieć ich w nadmiarze i nie będę potrafiła dostrzec niczego oryginalnego w każdej kolejnej książce. Podobnie jak z poprzednią książką, o której post pojawił się parę dni temu (…i ponownie dystopia), trudny do zaakceptowania jest dla mnie fakt, że bohaterowie tego gatunku to zwykle nastolatkowie w wieku szesnastu bądź siedemnastu lat. Z tyłu głowy uparcie mi siedzi, że te biedne dzieciaki są za młode na takie przejścia; taki urok gatunku, że będzie krwawo i niebezpiecznie, ale spokoju mi to nie daje. Z drugiej strony natomiast podwyższenie ich wieku o kilka lat sprawiłoby, że fabuła zupełnie straciłaby sens, bo z dorosłymi to z kolei walczymy. Impas. Staram się to ignorować i cieszyć przyjemną lekturą.

Alexandra Bracken stworzyła kolejną tragiczną wizję przyszłości, choroba atakuje Amerykę i w obliczu niej nawet rząd i wszelkie siły specjalne są bezradne. Niewinne dzieci umierają trawione przez śmiertelną chorobę, mieszkańcy kraju poddają się panice, a gospodarka upada. W dzieciach, które przeżyły rodzą się moce, których nie potrafią kontrolować, a przerażony rząd jak najszybciej grupuje je i zamyka w obozach, które oficjalnie niosą dobro i pomoc dla pokolenia przyszłości. Kolor zielony oznacza nadzwyczajną inteligencję, żółty panowanie nad elektrycznością, czerwony nad ogniem, niebieski telekinezę, a pomarańczowy manipulację umysłami. Nie zważając na kolor, wszyscy traktowani są koszmarnie. Co ciekawe, super moce zwykle są czymś dobrym, oznaczają to, że bohater jest wyjątkowy i czymś się wyróżnia. W świecie Bracken moc to przekleństwo, a młodzież paradoksalnie jest bezsilna w stosunku do systemu.

Cała historia Mrocznych umysłów była bardzo interesująca; dostałam wszystko, czego chciałam, nadludzkie moce, kontrolowanie umysłów, manipulacja, agenci specjalni, rząd, spiski i wiele więcej! Akcja dość przyjemna, rozdziały mknęły przed moimi oczami aż nie dotarłam do ostatniej strony, która pozostawiła mnie z myślą: dawać mi tu następny tom!. Ku mojemu zaskoczeniu, romans odegrał tu bardzo małą rolę, co wprawdzie mnie ucieszyło, bo jestem już zmęczona wielką miłością spychającą wszystko inne na drugi plan. Polubiłam całą paczkę: Ruby, Zu, Liama i Pulpeta, którego obecność, sądzę, że wyklucza trójkąt miłosny. Z początku odebrałam Ruby jako nieco irytującą bohaterkę. Ruby jest niebezpieczna, nie zbliżać się do Ruby, biedna Ruby… Później nieco się rozwinęła, ale myślę, że początki takie, a nie inne były ze względu na wpajanie dziewczynie przez kilka lat tego, że jest potworem, tego, że istoty takie jak ona nie powinny istnieć. Można się załamać, prawda? Liam był bardzo pozytywnym bohaterem, nawet w ciągu najciemniejszych dni starał się emanować optymizmem i przekonywać resztę, że nadzieja jeszcze nie umarła. Zu była przeuroczą dziewczynką, która z każdym rozdziałem z jej udziałem coraz bardziej przypominała mi Rue z Igrzysk śmierci, nie sposób było jej nie polubić. A Pulpet to Pulpet, wszyscy lubią Pulpeta. Byli Ci dobrzy, byli Ci źli. Równowaga w przyrodzie została zachowana.

Po zakończeniu lektury Mrocznych umysłów byłam w stanie jedynie piać z zachwytu nad tą historią, która pomimo, nie ukrywajmy tego, że jest kolejną dystopijną książką, to przyjemnie zapełniła mi czas w czwartkowe popołudnie. Z początku trudno było mi wskazać co konkretnie nie spodobało mi się, ale także nie byłam w stanie powiedzieć, że to książka bez minusów. Teraz, na chłodno, zdałam sobie sprawę z tego, jak mało wiemy o pobycie Ruby w obozie, jak mało wiemy o źródle mocy bohaterów, skąd ona się w ogóle wzięła i dlaczego. A że jestem dociekliwa, to nurtować mnie to będzie aż do lektury drugiego tomu, w którym mam nadzieję znajdę odpowiedzi na moje pytania. Informacje te zostały nieco zignorowane, a to niekoniecznie mi się spodobało.

Podsumowując, Mroczne umysły to kolejna dystopia, ale także świetna książka, w której wręcz utonęłam. Za sobą mam parę pozycji tego gatunku i odczuwam lekkie zmęczenie tymi depresyjnymi wizjami; wrócę na ziemię i odetchnę, a zaraz potem chwytam w ręce Nigdy nie gasną, która mam nadzieję, że uzupełni braki poprzedniczki. Trzymam kciuki!

Ocena: 8/10
"Najmroczniejsze umysły skrywają się za fasadą najzwyklejszych twarzy."

środa, 17 września 2014

"The Maze Runner" James Dashner

Zastanów się, czy grupka przypadkowo dobranych ludzi rzucona w sam środek niezamieszkałego terenu będzie w stanie należycie funkcjonować? W dzisiejszym, konsumpcyjnym społeczeństwie dominuje egoizm, walka o dobra materialne i pozycję, jak najwyższą oczywiście. Czy wciąż potrafimy budować od zera? Potrafimy zachować człowieczeństwo i pomimo zagrożenia nie doprowadzić się nawzajem do szaleństwa? Od czasu pamiętnych Igrzysk śmierci gatunek dystopii osiągnął ogromny sukces i rozpoczął trend nastoletnich bohaterów walczących z systemem. Ci, pozornie dzieciaki, okazują się pokoleniem, które współpracą i łączącą je ideą potrafią zdziałać cuda i przezwyciężyć niezwyciężone. W czym tak naprawdę tkwi ta siła? Nie wiem, ale tym razem Dashner pokazał mi potencjał tej oto grupki nastolatków.

Thomas budzi się w windzie i z przerażeniem uświadamia sobie, że jedyne co pamięta, to jego własne imię. Drzwi windy się otwierają i ukazują mu obce twarze młodych chłopców. Nie wiedząc gdzie jest, kim jest i kim był, musi się dopasować do zasad obowiązujących w Strefie. Ta z kolei jest jedynym bezpiecznym miejscem w świecie, w którym się znalazł. Strefę otacza labirynt, który ciągnąc się kilometrami jest niebezpieczną pułapką z czyhającymi na świeże mięso bezlitosnymi kreaturami. Zadaniem Thomasa jest teraz odnalezienie swojego miejsca w społeczności stworzonej przez chłopców i co ważne, bycie użytecznym. Po pierwszym szoku Thomasa, jego i grupkę kilkudziesięciu mieszkańców Strefy czeka kolejna niespodzianka. Dzień po przybyciu naszego głównego bohatera, drzwi windy otwierają się po raz kolejny, tym razem ukazując ciało ledwo żywej dziewczyny. To wydarzenie zmienia wszystko, burzy ustanowioną już rutynę i włącza zegar odliczający godziny do krwawego końca.

Porównywać bardzo lubimy, szczególnie jeśli o ten gatunek chodzi, a w tym przypadku nie da się nie porównać trylogii Dashnera do bestsellerowej trylogii Collins. W tym wypadku nie działam absolutnie na niekorzyść Dashnera, bo autor ten nie rzucił mi czegoś, co już dawno było, a zaskoczył świeżością, oryginalnością i dreszczykiem emocji, który tak bardzo lubię. Bezbronne dzieci trafiające w sam środek piekła z obietnicą śmierci to coś, co poruszy wielu z nas. Przywiązujemy się, kibicujemy z całych sił gorączkowo przewracając kolejne karty powieści. Nagłe zwroty akcji, panika szybko rosnąca w głowie poszczególnych bohaterów, a w końcu resztki nadziei na przetrwanie i… wybija godzina dwunasta w nocy, a ja wciąż siedzę zaczytując się w słowach Dashnera. I tak aż do samego końca książki.

Strefa jest o tyle ciekawym miejscem, że jako azyl zamieszkały przez pewną grupę dzieciaków tworzy odrębną przestrzeń, której mieszkańcy tworzą dobrze prosperujący system. Nie ma większych spięć, walk o władzę, bohaterowie przydzielając sobie nawzajem poszczególne profesje dążąc do samodzielności. W Strefie wszystko ma swój określony rytm. Raz w tygodniu w windzie pojawia się dostawa żywności, raz na pewien okres czasu pojawia się nowa osoba, o konkretnej porze drzwi Strefy są zamykane i do przełomowego momentu absolutnie nic się nie zmienia. Ponadto, nastolatkowie utworzyli w swojej małej społeczności specyficzny język, który z początku niezrozumiały dla nowych przybyszów, z czasem przechodzi do mowy codziennej. Dashner ma za to u mnie duży plus, ponieważ ten mały zabieg był ciekawym urozmaiceniem języka nastolatków. Każdy chłopiec w Strefie zostaje przydzielony do pewnej pracy, którą ustala się po dwóch tygodniach praktyk w każdej z profesji. Wszystko działa naprawdę sprawnie, zaskakująco sprawnie jak na tak młodych bohaterów. Wielu z nich polubiłam, każdy nieco inny, była to ogromna mieszanka charakterów ze względu na ich wiek nastoletni. Zostali oni także poddani swego rodzaju testowi, tolerancji na strach. Niektórzy z nich potrafili zachować zimną krew i trzeźwość w myśleniu, inni natomiast do tego jeszcze nie dojrzeli i łatwo poddawali się panice. Euforia, strach, płacz, przedwczesna radość, zdenerwowanie, wybuchowość… Dashner u swoich bohaterów pokazał nam całą gamę emocji, za które nie możemy ich winić… to przecież tylko dzieci.

Lektura The Maze Runner była dla mnie niesamowicie wciągająca i dała mi prawie wszystko, czego oczekiwałam. Prawie. Z racji, że Strefę otacza labirynt, chłopcy mają za zadanie rozwiązać pewną zagadkę. Tak to zwykle z labiryntami bywa. Ale zagadka jest, ale jakaś taka… nie zagadkowa. Liczyłam na rozrywkę w postaci wysilania moich szarych komórek, która towarzyszyłaby mi przy rozwiązywaniu tajemnicy labiryntu wraz z chłopcami. W samej idei umieszczenia bohaterów w tej betonowej pułapce czegoś mi najzwyczajniej zabrakło. Rozbudowania, które mam nadzieję, że znajdę w drugim tomie tej serii.

Bądź co bądź, The Maze Runner dostarczyła mi mnóstwo rozrywki, nutkę niepewności i kilka porządnych godzin zastanawiania się nad dalszymi losami Thomasa i jego przyjaciół. Jestem oczarowana historią Dashnera i pełna obaw co do praw rządzących tym niebezpiecznym światem. Jak już się mogliście domyśleć, wizja przyszłości amerykańskiego autora nie jest zbyt wesoła, a przede mną jeszcze dwa tomy pasjonujących przygód szesnastoletniego Thomasa. Książki te mam nadzieję, że utrzymają poziom pierwszego tomu, który wywarł na mnie bardzo dobre wrażenie, przez co oczekuję kolejnej dawki emocji. Mam nadzieję, że w moim odczuciu pomysły autora nie skończą się wraz z pierwszym tomem, jak to się stało z inną lubianą przeze mnie dystopijną serią.  

Ocena: 9/10 

"Był to dziwny i niepokojący widok, zupełnie jakby stał na krańcu wszechświata, i przez krótką chwilę aż zakręciło mu się w głowie."

piątek, 12 września 2014

If I Stay - Gayle Forman

Wyobraź sobie, że w jednej chwili tracisz wszystko. Wszystko na czym Ci kiedykolwiek zależało, wszystko, o co dbałeś i co kochałeś odchodzi. Bezpowrotnie. Nie są to rzeczy materialne, nie są to niespełnione marzenia czy inna głupota, która w tym konkretnym momencie wydaje Ci się niesłychanie ważna. Są to Twoi bliscy. Istoty, które kochałeś, które były od zawsze, na zawsze. Życie na ogół składa się z wyborów. Z tych mniej lub bardziej ważnych, wyborów, które podejmujesz ot tak, ale i tych, które spędzają Ci sen z powiek późną nocą. A jeżeli ktoś dałby Ci wybór: zostać czy odejść… zostałbyś?

To miał być zwyczajny wolny od szkoły dzień. W Oregonie spadł śnieg, co oznacza, że wszystkie szkoły zostały na ten dzień zamknięte. Mia wraz z rodzicami i bratem wybierają się na małą wycieczkę samochodem. Żadne z nich nie spodziewało się, że przed dotarciem do celu powstrzyma ich wypadek. Mia odzyskuje świadomość w szpitalu, gdzie jej ciało jest pod stałym monitoringiem, a przytłaczająca ilość rurek czy kroplówek przytrzymujących ją przy życiu wprawia ją w pewną konsternację, gdyż sama widzi to oczami osoby trzeciej. Mia jest swego rodzaju duchem, a jej zadaniem jest teraz podjąć najważniejszą decyzję w życiu. Zostać czy odejść? Szczególnie, że teraz nie ma do czego wracać.

O książce tej słyszałam już i czytałam epopeje pełne łez i pochlebstw, dlatego też sięgając po If I Stay byłam prawie pewna, że tak jak z tyłu okładki, moja lektura minie mi pod znakiem Read and weep. Troszkę się niestety zawiodłam, bo wiecie… łez zbytnio nie było. Liczyłam na historyjkę zapadającą w pamięć, wzruszającą opowieść, na której ekranizację będę niecierpliwie czekać. Nie jest tragicznie. Jest… tak nieemocjonalnie. A tego oczekiwałam, jak wiesz, Czytelniku. Lubię się wzruszyć, lubię sobie popłakać, lubię chwytające za serce historie. Dzisiaj jednak tego w pakiecie nie dostałam.

Książkę tę czytałam w oryginale, ale i tak mogę powiedzieć, że język był dość prosty, w polskiej wersji prawdopodobnie dostaniecie to samo. Przygodę z Mią rozpoczynamy nagle, nie ma tu niepotrzebnych przestojów w akcji czy masy dialogów. Wędrujemy z punktu A do punktu B, droga jednak nie jest taka znowu prosta, bo co drugi krok dostajemy przypadkową retrospekcję z życia naszej głównej bohaterki. Główna akcja to niewielka część tej książki. Gayle Forman skupiła się na przedstawieniu życia Mii przed wypadkiem, jej miłości do muzyki jako wiolonczelistki, relacji z rodzicami i młodszym bratem czy love story, którego doświadcza z Adamem, który to najzacieklej chce przekonać Mię do powrotu do rzeczywistości. Wszystkie te kawałki składają się w pewną całość, od której jednak wymagałabym czegoś więcej. Większość ukazanych epizodów nie ma dla mnie znaczenia, nie są one jakąś istotną informacją. Ot, urywki z życia nastoletniej dziewczyny.

Żeby poprzetykać wytykanie rzeczy, które mi się nie podobały, opowiem Wam o fabule. Fabule ciekawej, intrygującej, zapowiadającej coś wyjątkowego. Otóż pomysł bardzo mi się spodobał. Koncepcja Mii jako ducha z miejsca przypomniała mi film, który swego czasu ścisnął moje serce dość mocno, a był to film Uwierz w ducha z uwielbianym przeze mnie Patrickiem Swayze w roli głównej. Fabuła rodem z tego pięknego filmu byłaby dla mnie równoznaczna z oceanem łez, którego lubię sobie czasem doświadczyć przy lekturze książkek. Forman z początku wzbudziła we mnie ogromne zainteresowanie, bo w myślach zaczęłam układać już możliwe sceny dla Mii jako ducha, Mii, która mogłaby widzieć więcej jako niematerialny byt. Mia natomiast wcieliła się w rolę obserwatorki i cierpliwie przyglądała się wizytom dziadków, krewnych, przyjaciółki czy jej chłopaka Adama. Głównym zadaniem dziewczyny przez te dwieście stron jest jednak nie obserwacja, a podjęcie decyzji o pozostaniu lub odejściu.

Bohaterów stosunkowo mało przewinęło nam się w tej opowieści. Cała akcja toczy się z punktu widzenia Mii, jest mi ona jednak obojętna. Gayle Forman przedstawiła ją jako zwyczajną dziewczynę, a na pierwszym planie postawiła jej miłość do muzyki, która kiełkowała w bohaterce od dzieciństwa i można powiedzieć, że zyskała ją w genach. Rodzice Mii są z kolei z zupełnie innej bajki, bo do wiolonczeli, na której gra ich córka, jest im naprawdę daleko. Oboje przedstawieni są jako fani mocniejszej muzyki, którzy dość długo przechodzili swój okres buntu, by zaraz po nim stać się rodzicami. W retrospekcjach autorka głównie funduje nam historię miłosną Mii i Adama, których połączyła właśnie muzyka. Dowiadujemy się jak zaczynali, jak stali się stateczną parą i jakie problemy ich dręczyły przez ostatnie tygodnie. Zakończyło się dość niespodziewanie i choć mam takie, a nie inne zdanie o If I Stay, to chętnie sięgnę po Where She Went z czystej ciekawości.

Dziś premierę ma ekranizacja powyższej powieści. Nie wiem kiedy się na nią wybiorę, ale jeśli Wy macie ją za sobą, będę wdzięczna jeśli dacie znać jak wypadła. Reasumując, If I Stay to książka, która może i nie wycisnęła morza łez z moich oczu, nie wzruszyła mnie, ale miała duży potencjał, który mam nadzieję, że zostanie rozwinięty w kontynuacji. Ta krótka opowieść nie zdążyła mnie znudzić, ale nie zdążyła także zachwycić. Decyzja o sięgnięciu po nią należy więc do Was.

Ocena: 5/10 

"Czasem człowiek dokonuje w życiu wyboru, a czasem to wybór stwarza człowieka."

If I Stay | Where She Went 

wtorek, 9 września 2014

10 waznych dla mnie ksiazek

Od jakiegoś czasu na facebooku krąży łańcuszek, o którym zapewne wszyscy wiecie. Pierwszy raz usłyszałam o nim jakieś dwa tygodnie temu, kiedy to otrzymałam pierwszą nominację. Zwlekałam, zwlekałam, bo zwykle mało publikuję na facebooku i chciałam obrócić to w blogowy wpis. Potem zaczęła się szkoła, a moja doba od pewnego czasu zdaje się krótsza niż dwadzieścia cztery godziny. Dziś otrzymałam kolejną nominację, a z racji, że dzisiaj jest dziwnie szczęśliwy dzień, wygospodarowałam trochę czasu. Nad listą myślałam nieco już od pierwszej nominacji i myślę, że jako tako udało mi się w niej zawrzeć wszystko, co w jakimś stopniu wyryło się w mojej pamięci. Ale do rzeczy. Dla niepełnosprytnych: facebookowy łańcuszek polega na tym, że wypisujemy 10 (słownie: dziesięć) książek, po których lekturze czuliśmy się wyjątkowo. Książek, których historie zostały z nami nawet po przewróceniu ostatniej z kart. Nie muszą być to bestsellery, perły klasyki czy inne cuda na kiju, a powieści, które w pewien sposób nas ukształtowały. Zaczynajmy (kolejność losowa).

The Perks of Being a Wallflower Stephen Chbosky
"The Perks of Being a Wallflower" to zbiór listów pisanych przez Charliego do nieznanego przyjaciela. Mają one nieco terapeutyczną formę, chłopak opisuje swoje życie, nowych przyjaciół, pierwszy pocałunek, pierwszy wypalony papieros i wszystkie te rzeczy, które robi po raz pierwszy w wieku szesnastu lat. Charlie jest szczery, niewinny i nieskomplikowany. Jest jednym z tych, którzy liceum spędzają siedząc przy ostatnim stoliku i próbują być tak bardzo niewidzialni, jak tylko jest to możliwe. Ciążą na nim jednak pewne doświadczenia, z którymi nie potrafi sam sobie poradzić. Mogę z ręką na sercu powiedzieć Wam, że jest to książka, która na swój sposób zmienia tok myślenia czytelnika. Jest niesamowicie emocjonalna i dlatego nieraz nawet niełatwa, ale sądzę, że nie tylko ja po lekturze czułam się jakbym dostała porządnie w twarz. Między innymi dlatego była tak dobra. Dodajmy do tego jeszcze piękne metafory, intrygujący tok myślenia Charliego i pamiętne cytaty. Dla mnie ideał.

Mały książę, Antoine de Saint-Exupery
Moje pierwsze zetknięcie z książką tego francuskiego autora miało miejsce, gdy ja sama miałam około pięciu, może sześciu lat. Gdy już potrafiłam samodzielnie czytać, jako mały dzieciak uwielbiałam kraść książki z regału mojej Mamy, które czarowały mnie kolorowymi okładkami. Pewnego dnia w ręce wpadła mi mała, niepozorna książeczka, na której okładce widniał śmieszny chłopczyk stojący na dziwacznej planecie. Z miejsca zatraciłam się w książce, którą rozpoczynał nieporadny rysunek węża boa trawiącego słonia. Wtedy była do dla mnie niewinna bajeczka i w ciągu następnych lat przeczytałam ją kilka razy, za każdym z nich rozumiejąc więcej. Ku mojej radości Mały książę okazał się szkolną lekturą. Wtedy miał już dla mnie kompletnie inny wydźwięk niż za pierwszym razem, odnalazłam drugie dno. Przeczytam ją pewnie jeszcze nie raz i doszukam się kolejnych rewelacji. Zachwycające jest to, jak jedna historia może być odbierana zupełnie inaczej przez ludzi w różnym wieku. Bądź co bądź, ta książka żyje wraz ze mną.

Wielki Gatsby, F. Scott Fitzgerald
Musicie wiedzieć jedno. Moja miłość do Wielkiego Gatsby'ego jest tak wielka jak stąd na Księżyc. Książkę wertowałam już tyle raz w tę i wew tę, a film rozkazuję oglądać każdemu, kogo napotkam i tym samym widziałam go już około sześciu lub siedmiu razy. Powieść Fitzgeralda trafiła do mnie zupełnie, a Gatsby i Daisy są dla mnie dwudziestowiecznymi Romeo i Julią. Wszystko co należałoby wiedzieć o tej książce, to to, że jest ona powieścią o grupie bogatych ludzi, którzy korzystają z czasu rozkwitu Ameryki. Jest to jednak także powieść o obsesji na punkcie pieniądza, piękna, władzy i chwały, która prędzej czy później odejdzie w zapomnienie. Wielki Gatsby obroni się swoim pięknem, prawdziwością, znaczącymi cytatami i pozostawi cię z pytaniami o sens tego wszystkiego, nad czym będziesz się głowić dłuższą chwilę. Bo wiecie, Gatsby wierzył w zielone światło...

Lolita, Vladimir Nabokov
Tak, Lolita była dla mnie tak niesamowitą lekturą, że nie mogło jej tu zabraknąć. Powieść sama w sobie ma wiele wątków kryminału, romansu, przewodnika, a także dziennika czy sekretnych zapisków pedofila, które skupia w utworze Humbert o naturze, można by rzec, socjopaty. Jest taką ciekawą mieszanką, która intryguje mnie do dzisiaj. Nie bez powodu Lolita jest klasyką ubiegłego wieku i teraz wiem, że za te parę lat kiedy cała historia nieco zatrze się w mojej pamięci, będę gotowa, żeby ponownie sięgnąć po dzieło Nabokova i wybrać się w tą bolesną podróż z Humbertem.

Ocean na końcu drogi, Neil Gaiman 
O!, powiedzieć o tej książce coś sensownego to nie lada wyzwanie. Było to moje pierwsze spotkanie z angielskim autorem, które pozostawiło we mnie dziwaczne uczucie konsternacji i lekkiego otępienia. Najprościej można by powiedzieć, że powyższa książka to bajka. Bajka ze złym potworem, z czarami, z dobrą babcią, która ratuje naszego głównego bohatera. Gaiman zgrabnie łączy świat magiczny z tym rzeczywistym, co razem tworzy nieco surrealistyczny obraz. Ocean na końcu drogi jest naprawdę pięknie napisaną powieścią o dojrzewaniu, dzieciństwie i dorosłości, które rządzą się swoimi prawami, a które nie powinny jednoznaczne.

Miasteczko Salem, Stephen King
Kingu, Kingu, nie mógłbyś się tutaj nie pojawić. Otóż, drogi czytelniku, Miasteczko Salem było pierwszą powieścią mistrza horroru, którą dane mi było przeczytać. I nie zapomnę tego, o nie. Miałam wówczas piętnaście lat i King mnie po prostu zauroczył światem, który stworzył. Pamiętam, że nieco ciężko było mi przebrnąć przez początki, opisy niemiłosiernie mnie nudziły, ale czytałam, czytałam, czytałam aż ostatnie 200 stron przemknęło mi przed oczami w ciągu kilku krótkich chwil.

Złodziejka książek, Markus Zusak

Złodziejkę książek przeczytałam stosunkowo niedawno, bo w zeszłym miesiącu (shame on me). Co o niej napisałam? A to, że Złodziejka książek to jedna z najpiękniejszych (żeby nie powiedzieć, że najpiękniejsza) książek, które przeczytałam dotychczas. I że mogłabym mówić i mówić jak cudowna była to przygoda, jak niesamowity był język i jak wyjątkowa była sama bohaterka. Takie banały jednak nie oddadzą tego, o czym chciał nam powiedzieć Zusak. I na tym poprzestanę. Żeby nie powiedzieć za dużo.
  
Miasto kości, Cassandra Clare

Ach, pamiętne Miasto kości... Przygodę z Darami anioła rozpoczęłam zaraz po premierze pierwszego tomu w naszym kraju i wpadłam po uszy. Do dziś uwielbiam Nocnych łowców, Wielkiego Czarnoksiężnika z Brooklynu... i samego Jace'a oczywiście. Pokochałam wszystkie książki Cassie i zawsze będę miała do nich ogromny sentyment. Nie oddam nikomu wszystkich moich ośmiu (jak na razie) książek w polskich i wcale nie takich brzydkich jak wszyscy mówicie okładkach. 

Harry Potter i Kamień Filozoficzny, J.K. Rowling
Jeśli myślałeś, drogi czytelników, że potteromania nie zagości w dzisiejszym wpisie, to grubo się myliłeś. Jestem dzieckiem lat dziewięćdziesiątych i wychowywanie się na książkach angielskiej pisarki zahaczyło także i o moje dzieciństwo. W momencie wydania pierwszego tomu, którym jest Kamień Filozoficzny (ale o tym przecież wiecie), miałam około czterech lat. Pierwszy raz książkę czytał mi mój Tata, którego dzień i noc (która wtedy kończyła się dla mnie maksymalnie o dwudziestej drugiej, bo przecież wtedy jeszcze nie zarywałam nocek) męczyłam o czytanie mi kolejnych rozdziałów. Czytałam już wtedy, ale jeszcze trochę nieporadnie, więc kiedy tylko zaczęłam sama składać literki, czym prędzej chwyciłam pierwszy tom przygód młodego czarodzieja. I tak właśnie ta książka stała się moją pierwszą przeczytaną samodzielnie. A pierwszych się przecież nie zapomina, prawda?

The Beatles, Hunter Davies
Zacznijmy od tego, że zawsze bardzo lubiłam Beatlesów. Ceniłam Johna i Paula za cudowne teksty, obejrzałam Rozdział 27, który to opowiadał o mordercy Lennona, aż w końcu w ręce wpadła mi ich biografia spisana przez faceta, który spędził z zespołem osiemnaście miesięcy. Cała ta 600-stronnicowa książeczka wzbudziła we mnie ogromny podziw dla muzyków i zainteresowanie nie wielkimi postaciami muzyki, a zwykłymi ludźmi, którzy też popełniają błędy i też zdarza im się wątpić.

niedziela, 7 września 2014

"Powrót" Izabela Sowa

Życie to nieustanna wędrówka poprzez doświadczenia, niespełnione marzenia, oczekiwania, pragnienia i bolesne zawody. Zatrzymujemy się jedynie na krótką chwilę, by pokontemplować rzeczywistość i wreszcie dojść do wniosku, że nas ona nie satysfakcjonuje, a następnie podejmujemy przerwaną tułaczkę ku przyszłości. Ludzie przychodzą i odchodzą, pojawiają się nowi, by ci starzy mogli wyruszyć w dalszą podróż. Dorosłość staje się uciążliwa, konieczne do ukończenia studia tracą na wartości, a nasze marzenia nie są już tak magiczne jak kilka lat temu. Twoja rodzina spisała już scenariusz Twojego życia, a teraz do spełnienia masz zadanie polegające na odbębnianiu kolejnych przystanków na drodze do sukcesu. Samotnie wyruszasz w podróż przez życie, bo kiedyś trzeba się zmierzyć ze światem oko w oko. Nie potrzebujesz przy sobie nikogo, z jednej strony masz bezpieczną strefę komfortu z planem na życie, a z drugiej głowę pełną planów, które proszą się o zrealizowanie. Wybieraj.

Dorotka Paciorek po kilkuletniej wyprawie po świecie w poszukiwaniu własnego miejsca, wraca do rodzinnego Krakowa, by spróbować dorosnąć i stawić czoła codzienności. Przed laty porzuciła studia na ASP na rzecz tatuowania ludzi wedle ich zachcianek. I jest w tym dobra. Z czerwonymi ustami, kreską na powiece i w obcisłym gorsecie chce się wyróżniać na tle zwykle szarych ludzi, choć buntowniczy wiek ma już dawno za sobą. Teraz ponownie próbuje znaleźć swoje miejsce, na tym razem polskiej ziemi, gdzie każdy jej ruch może być skomentowany przez czujną matkę, która nie ukrywa, że spodziewała się po córce czegoś więcej. Dorotka na przekór wszystkim chce iść własną drogą, poznać siebie na nowo i spełniać się w na wiele różnych sposobów.

Powrót to już czternasta książka Izabeli Sowy, polskiej autorki znanej Wam zapewne najbardziej dzięki owocowej serii, której kolejne tomy ukazywały się w naszym kraju parę ładnych lat temu. To właśnie Cierpkość wiśni czy Smak świeżych malin to książki, które wypełniały mi czas wolny, kiedy to jeszcze moja biblioteczka nie była tak zapełniona jak teraz, a te powieści o kolorowych okładkach podkradałam z regału mamy. Izabela Sowa pisze o Polakach, o ich codzienności, o problemach dorosłości, o zdradach i przyjaźniach. Po kilku latach wraca do mnie z najnowszą powieścią jaką jest Powrót, czyli historia niedojrzałej dorosłej.

Przygoda z nową książką Izabeli Sowy zakończyła się dla mnie równie szybko jak się zaczęła. Ot, niecałe trzysta stron krótkiej, momentami zabawnej książki o perypetiach trzydziestoletniej Dorotki, która nie mogąc pogodzić się z rzeczywistością nakłada maskę obojętności i rusza dalej z wysoko podniesioną głową. Główna bohaterka nie grzeszy zaangażowaniem i woli zbyć natrętnych rozmówców milczeniem, a tymczasem życie pędzi gdzieś obok niej na nic nie czekając. Polska rzeczywistość zdaje się ją przytłaczać, ogródki działkowe stają się dla niej główną atrakcją, a klienci-gawędziarze utrapieniem. Dorotka zagubiła się gdzieś w krainie Oz, ale teraz usilnie próbuje z niej powrócić. Po nieprzyjemnym zderzeniu z rzeczywistością pozostaje jej przewartościowanie wartości, odnalezienie nowych ideałów i zapełnienie pustki, która siedzi gdzieś tam w środku i wciąż daje o sobie znać.

Izabela Sowa serwuje nam życiową opowieść o nieco abstrakcyjnej kobiecie, która będzie idealnym kompanem na leniwe popołudnie. Polubiłam Dorotkę na swój sposób, bo choć nieco wycofana i melancholijna, chwilami przypominała mi mnie samą. Nie zawsze oczywiście, ja sama uważam, że kiedyś w życiu każdego człowieka przychodzi pewien piękny moment, kiedy to trzeba dorosnąć. Trzydziestolatce się do tego nie spieszyło i choć wykreowała się na ciekawą postać, uparcie nie chciała wyjść poza własny świat. Autorka osadziła akcję powieści w Krakowie, co trafiło w moje gusta, bo kto mnie zna, wie, że uwielbiam to miasto. Historia okraszona polskim humorem, polskim narzekalstwem można by rzec, ironią i życiowymi mądrościami serwowanymi przez babcię Dorotki na niedzielnym obiedzie była jednak epizodem, który skończył się wyjątkowo niespodziewanie. Niecałe trzysta stron mignęło mi przed oczami bez jakiegokolwiek punktu kulminacyjnego w życiu naszej Dorotki i pozostawiło zmarszczkę skonsternowania na moim czole, gdyż wciąż nie wiem co do końca co myśleć o tej powieści. Chaotyczność wzięła w górę, zamierzeniem było wyeksponowanie postaci i zepchnięcie akcji na drugi plan, czemu nie mogę przyklasnąć. 

Powrót to jednak nie jest zła książka. To przyjemna i lekka lektura, która pokaże nam tak nadzwyczaj znajomą polską mentalność. Mentalność ludzi sukcesu, mentalność tak zwanego przegranego pokolenia, mentalność babci, która podzieli się z Tobą najnowszą plotką zapalając kolejnego papierosa. I w końcu mentalność Dorotki, która wolałaby żyć złudzeniami, bo tak jest łatwiej. Główna bohaterka nie będzie dla mnie życiowym drogowskazem, a pamięć o niej wyblaknie po paru dniach. Powrót pokazał mi jednak plejadę abstrakcyjności, która ma swój charakterystyczny przykład w każdym pokoleniu, co dowodzi, że autorka jest znakomitą obserwatorką ludzkich zachowań.

Ocena: 5/10