Każdy
z nas walczy z własnymi demonami. Czasem się wygrywa, czasem przegrywa, walka
jest jednak frustrująca, szczególnie, gdy zmagasz się z problemem samotnie. A
co jeśli jesteś przekonany, że jesteś potworem? Monstrum, którego istnienie
powinno się wymazać już lata temu? Masz naście lat, ciężką przeszłość, obawiasz
się tego, co siedzi w Twojej głowie, unikasz dotyku czy najmniejszego kontaktu
z drugą osobą. Żyjesz w strachu przed samym sobą, przed tym, co jesteś w stanie
zrobić. Świat nie jest Ci sprzymierzeńcem, a Ci u góry i tak już przylepili
wszystkim etykietki. Poddajesz się czy walczysz dalej?
Ruby
dorastała w kochającej i dbającej o jej dobro rodzinie. W dniu jej dziesiątych
urodzin co jednak poszło nie tak. Musiało, skoro jej rodzice nagle postanowili
zamknąć ją w garażu i jak najszybciej wykręcić numer policji. W wyniku tego,
dziewczyna trafia do Thurmond, gdzie rząd organizuje obóz rehabilitacyjny dla
dzieciaków takich jak ona. Amerykę pokonuje tajemnicza choroba o nazwie OMNI,
większość dzieciaków umiera, a reszta zaczyna wykazywać nadnaturalne zdolności,
które oznakowane zostały jako „niebezpieczne”. Panowanie nad młodzieżą ma
zapewnić kolorystyczna segregacja oznaczająca rodzaj ich zdolności. Obozy
rehabilitacyjne wcale jednak nie leczą, dzieci nie zdrowieją, a Ruby wcale nie
jest Zielona, bo tą myśl jedynie zaszczepiła w umyśle osoby odpowiedzialnej za
segregację. Jako Pomarańczowa jest jedną z ostatnich swojego rodzaju, a w ślad
za nią podążają jej oprawcy.
Mroczne
umysły stała się hitem dystopii, gatunku, który niemalże bije na głowę inne na
półkach księgarni. Swego czasu pomarańczowa okładka chodziła za mną krok w
krok, aż w końcu się ugięłam i postanowiłam zanurzyć się w kolejną młodzieżową
antyutopię. Z tym gatunkiem mam dość ciekawy problem. Lubię go i potrafię się w
nim odnaleźć, ale pod ciężarem wszystkich powieści, które teraz świecą na
czerwono słowem dystopia, boję się, że pewnego dnia będę mieć ich w nadmiarze
i nie będę potrafiła dostrzec niczego oryginalnego w każdej kolejnej książce.
Podobnie jak z poprzednią książką, o której post pojawił się parę dni temu (…i
ponownie dystopia), trudny do zaakceptowania jest dla mnie fakt, że bohaterowie
tego gatunku to zwykle nastolatkowie w wieku szesnastu bądź siedemnastu lat. Z
tyłu głowy uparcie mi siedzi, że te biedne dzieciaki są za młode na takie
przejścia; taki urok gatunku, że będzie krwawo i niebezpiecznie, ale spokoju mi
to nie daje. Z drugiej strony natomiast podwyższenie ich wieku o kilka lat
sprawiłoby, że fabuła zupełnie straciłaby sens, bo z dorosłymi to z kolei
walczymy. Impas. Staram się to ignorować i cieszyć przyjemną lekturą.
Alexandra
Bracken stworzyła kolejną tragiczną wizję przyszłości, choroba atakuje Amerykę
i w obliczu niej nawet rząd i wszelkie siły specjalne są bezradne. Niewinne
dzieci umierają trawione przez śmiertelną chorobę, mieszkańcy kraju poddają się
panice, a gospodarka upada. W dzieciach, które przeżyły rodzą się moce, których
nie potrafią kontrolować, a przerażony rząd jak najszybciej grupuje je i zamyka
w obozach, które oficjalnie niosą dobro i pomoc dla pokolenia przyszłości.
Kolor zielony oznacza nadzwyczajną inteligencję, żółty panowanie nad
elektrycznością, czerwony nad ogniem, niebieski telekinezę, a pomarańczowy
manipulację umysłami. Nie zważając na kolor, wszyscy traktowani są koszmarnie.
Co ciekawe, super moce zwykle są czymś dobrym, oznaczają to, że bohater jest
wyjątkowy i czymś się wyróżnia. W świecie Bracken moc to przekleństwo, a
młodzież paradoksalnie jest bezsilna w stosunku do systemu.
Cała
historia Mrocznych umysłów była bardzo interesująca; dostałam wszystko, czego
chciałam, nadludzkie moce, kontrolowanie umysłów, manipulacja, agenci specjalni,
rząd, spiski i wiele więcej! Akcja dość przyjemna, rozdziały mknęły przed moimi
oczami aż nie dotarłam do ostatniej strony, która pozostawiła mnie z myślą: dawać
mi tu następny tom!. Ku mojemu zaskoczeniu, romans odegrał tu bardzo małą
rolę, co wprawdzie mnie ucieszyło, bo jestem już zmęczona wielką miłością
spychającą wszystko inne na drugi plan. Polubiłam całą paczkę: Ruby, Zu, Liama
i Pulpeta, którego obecność, sądzę, że wyklucza trójkąt miłosny. Z początku
odebrałam Ruby jako nieco irytującą bohaterkę. Ruby jest niebezpieczna, nie
zbliżać się do Ruby, biedna Ruby… Później nieco się rozwinęła, ale myślę, że
początki takie, a nie inne były ze względu na wpajanie dziewczynie przez kilka
lat tego, że jest potworem, tego, że istoty takie jak ona nie powinny istnieć.
Można się załamać, prawda? Liam był bardzo pozytywnym bohaterem, nawet w ciągu najciemniejszych
dni starał się emanować optymizmem i przekonywać resztę, że nadzieja jeszcze
nie umarła. Zu była przeuroczą dziewczynką, która z każdym rozdziałem z jej
udziałem coraz bardziej przypominała mi Rue z Igrzysk śmierci, nie sposób było
jej nie polubić. A Pulpet to Pulpet, wszyscy lubią Pulpeta. Byli Ci dobrzy,
byli Ci źli. Równowaga w przyrodzie została zachowana.
Po
zakończeniu lektury Mrocznych umysłów byłam w stanie jedynie piać z zachwytu
nad tą historią, która pomimo, nie ukrywajmy tego, że jest kolejną dystopijną
książką, to przyjemnie zapełniła mi czas w czwartkowe popołudnie. Z początku
trudno było mi wskazać co konkretnie nie spodobało mi się, ale także nie byłam
w stanie powiedzieć, że to książka bez minusów. Teraz, na chłodno, zdałam sobie
sprawę z tego, jak mało wiemy o pobycie Ruby w obozie, jak mało wiemy o źródle
mocy bohaterów, skąd ona się w ogóle wzięła i dlaczego. A że jestem dociekliwa,
to nurtować mnie to będzie aż do lektury drugiego tomu, w którym mam nadzieję
znajdę odpowiedzi na moje pytania. Informacje te zostały nieco zignorowane, a
to niekoniecznie mi się spodobało.
Podsumowując, Mroczne umysły to kolejna dystopia, ale także świetna książka, w której wręcz
utonęłam. Za sobą mam parę pozycji tego gatunku i odczuwam lekkie zmęczenie
tymi depresyjnymi wizjami; wrócę na ziemię i odetchnę, a zaraz potem chwytam w ręce Nigdy nie gasną, która mam nadzieję, że uzupełni braki poprzedniczki. Trzymam
kciuki!
Ocena: 8/10
"Najmroczniejsze umysły skrywają się za fasadą najzwyklejszych twarzy."