... czyli zwiedzamy Warszawę i spełniamy marzenia. Konkretniej w sobotę, na Narodowym, którego dach był wyjątkowo zamknięty tego wieczoru. Ale do rzeczy. Odkąd wypłynęła informacja o Supermeczu, ja czyhałam na bilety nieustannie sprawdzając czy przypadkiem nie są już w sprzedaży. Któregoś pięknego dnia się wreszcie pojawiły, a szesnastego sierpnia zasiadłam w piętnastym rzędzie na stadionie wyczekując drużyny moich marzeń. I nie zawiodłam się, bo było fenomenalnie.
W okolicach południa dotarłam wreszcie do Warszawy, gdzie w ubiegłą sobotę byłam dopiero po raz pierwszy. Kocham duże miasta. Tłumy ludzi, hałas, zapełnione ulice to coś co mnie napędza i choć od czasu do czasu cenię sobie spokój, to zdecydowanie nad małe mieściny stawiam te większe i głośniejsze. Spektakularne. Bardzo się starałam, ale cholera no, Warszawy nie polubiłam. Wydała mi się nieco zbyt chaotyczna, mało uporządkowana. I choć to miasto ma pewną historię, co było widać szczególnie po ubiegłym piątku, to jakoś wciąż mi czegoś tam brakowało. Nadal będę nade wszystko stawiać Kraków, a tuż za nim będzie stał Wrocław, który na swój sposób zdobył moje serce w tym roku. Kiedyś może uda mi się do niej przekonać, póki co jednak byłam, zobaczyłam i nie uległam.
Na dwie godziny przed otwarciem bram powoli zmierzałam w stronę stadionu, gdzie już gromadziły się tłumy. A wśród tych wszystkich kibiców ja, z dumą nosząca nieco zbyt obszerną koszulkę Realu Madryt. Gdzie nie spojrzeć, tam białe t-shirty, oficjalne koszulki domowe czy też wyjazdowe (te z sezonu 2014/2015 szczególnie rzucają się w oczy). Kibice Fiorentiny stanowili tu niewielki procent, spotkałam jedynie kilku przed moją bramą i niewielką, ale za to wyjątkowo głośno śpiewającą grupkę na Starym Mieście. Gdy już udało mi się znaleźć moje miejsce, i gdy już pozachwycałam się Narodowym od środka, zostały jeszcze dwie godziny do rozpoczęcia meczu. W ruch oczywiście aparat, komórka, obowiązkowe selfie. Nawet jakiś pan kultywował ten zwyczaj i poprosił mnie o zapozowanie z nim do tego niezbędnego stadionowego selfie. Pozdrawiam pana.
Pomimo niekorzystnego wyniku był to dobry mecz, który zapamiętam na długo. Atmosfera, zgraja białych koszulek i emocjonowanie się każdą, chociażby najmniejszą akcją drużyny. Był gol Cristiano, był Ramos, był drugi Ronaldo, który nawiasem mówiąc nie wiem jakim cudem umknął ochronie, był Alonso, był spalony Benzemy. Nie było jednak Casillasa i Bale'a, ale przecież nie można mieć wszystkiego. Następny przystanek (mam nadzieję) - Santiago Bernabeu!