sobota, 24 maja 2014

"Starcie królów" George R.R. Martin

Może zawierać spoilery z poprzedniej części.

Wczoraj Martin pozwolił mi odłożyć jego liczące spokojnie tysiąc stron tomisko, a mianowicie Starcie królów, czyli drugą księgę z cyklu Pieśni Lodu i Ognia. Pierwsza myśl: kurde, Martin trzyma poziom. Druga myśl: zaczynać trzeci tom czy jeszcze nie? Nadmienię, że równolegle staram się oglądać serial i dobrze mi idzie, bo jestem w drugim sezonie. A co do książki, to nie mam na co narzekać. A dlaczego?

Już od pierwszego tomu zapowiedź końca lata wisi nad Westeros, zima nadchodzi i to wielkimi krokami. Do czasu, gdy król Robert zmarł, wszystkie królestwa żyły we względnym pokoju, a wszystko jakoś sprawnie funkcjonowało. Władca jednak zmarł i zaczął się wyścig potencjalnych władców na tron. Rozpoczęły się bitwy, przetrzymywanie zakładników i jednoczenie sił w walce z wrogiem. Władza staje się najwyższą wartością i wszelcy lordowie czy książęta ogłaszają się królami i roszczą sobie praw do tronu. Na Żelaznym Tronie zasiada teraz jednak trzynastoletni chłopiec, który mówiąc łagodnie, nie jest obiektywnym władcą i nie cieszy się uwielbieniem ludu. Sansa Stark przetrzymywana jest w Casterly Rock jako narzeczona zabójcy swojego ojca, a jej siostra udaje chłopca w pełnej mężczyzn karawanie jadącej na Mur. Daenerys z dala od całego zgiełku prowadzi swój szczupły khalasar i otacza swoją opieką jedyne żywe smoki w całym królestwie. Jon Snow towarzyszy wyprawie do wolnych ludzi, a jego przyrodni brat ogłasza się królem Północy. Dzieje się.

Chaos, hektolitry krwi, ścinane głowy, przemoc… To wszystko nasila się, gdy każdy w królestwie chce być królem. Wybucha wielka wojna, pojawiają się nowi bohaterowie, starzy czasem znikają lub też trwają dalej, a ja im kibicuję, bo Martin jest znany z tego, że nie traktuje swoich postaci dość litościwie. Namnażają się intrygi, pojawiają się sojusze, które nie zawsze prowadzą do dobrego. W drugiej części pojawia się także więcej wątków fantastycznych, o których nie będę mówić za dużo, aczkolwiek wprowadzenie takich bardzo mi się spodobało i ciekawa jestem jak rozwiną się dalej oraz nowe, nieznane dotąd obszary.

Co więcej powiedzieć? Martin jest tego typu autorem, który choćby pisał i przez następne trzydzieści lat, to i tak będę zainteresowana każdą kolejną książką, która wyjdzie spod jego pióra. Podziwiam go przede wszystkim za stworzenie tak wieloelementowej powieści, gdzie łatwo pogubić się w wątkach, ale po czasie wszystko staje się jasne i widzimy, że wszystko dobrze ze sobą współgra. Kolejnym jego plusem jest kreacja różnorodnych postaci, które pojawiają się i znikają szybciej niż w Modzie na sukces, a pomimo to, każdy z nich ma swoją historię, jest oryginalny i niepowtarzalny.

Pieśń lodu i ognia to genialna seria autora o ogromnej wyobraźni. Przykro mi, że muszę go tak wychwalać pod niebiosa, nie mam jednak żadnych zastrzeżeń, nie było czegoś, co wyjątkowo by mi się nie spodobało. Będę więc nudna i będę chwalić serię dalej.

Ocena: 10/10 

"Żeby dotrzeć na północ, trzeba zmierzać na południe. Żeby znaleźć się na zachodzie, powinno się podążać na wschód. Żeby iść naprzód, należy się cofać, a żeby dotknąć światła, musi się przejść przez cień."