Może zawierać spoilery z
poprzedniej części.
Wczoraj
Martin pozwolił mi odłożyć jego liczące spokojnie tysiąc stron tomisko, a
mianowicie Starcie królów, czyli drugą księgę z cyklu Pieśni Lodu i Ognia.
Pierwsza myśl: kurde, Martin trzyma
poziom. Druga myśl: zaczynać trzeci
tom czy jeszcze nie? Nadmienię, że równolegle staram się oglądać serial i
dobrze mi idzie, bo jestem w drugim sezonie. A co do książki, to nie mam na co
narzekać. A dlaczego?
Już od
pierwszego tomu zapowiedź końca lata wisi nad Westeros, zima nadchodzi i to
wielkimi krokami. Do czasu, gdy król Robert zmarł, wszystkie królestwa żyły we
względnym pokoju, a wszystko jakoś sprawnie funkcjonowało. Władca jednak zmarł
i zaczął się wyścig potencjalnych władców na tron. Rozpoczęły się bitwy,
przetrzymywanie zakładników i jednoczenie sił w walce z wrogiem. Władza staje
się najwyższą wartością i wszelcy lordowie czy książęta ogłaszają się królami i
roszczą sobie praw do tronu. Na Żelaznym Tronie zasiada teraz jednak
trzynastoletni chłopiec, który mówiąc łagodnie, nie jest obiektywnym władcą i
nie cieszy się uwielbieniem ludu. Sansa Stark przetrzymywana jest w Casterly
Rock jako narzeczona zabójcy swojego ojca, a jej siostra udaje chłopca w pełnej
mężczyzn karawanie jadącej na Mur. Daenerys z dala od całego zgiełku prowadzi
swój szczupły khalasar i otacza swoją
opieką jedyne żywe smoki w całym królestwie. Jon Snow towarzyszy wyprawie do
wolnych ludzi, a jego przyrodni brat ogłasza się królem Północy. Dzieje się.
Chaos,
hektolitry krwi, ścinane głowy, przemoc… To wszystko nasila się, gdy każdy w
królestwie chce być królem. Wybucha wielka wojna, pojawiają się nowi
bohaterowie, starzy czasem znikają lub też trwają dalej, a ja im kibicuję, bo
Martin jest znany z tego, że nie traktuje swoich postaci dość litościwie.
Namnażają się intrygi, pojawiają się sojusze, które nie zawsze prowadzą do
dobrego. W drugiej części pojawia się także więcej wątków fantastycznych, o
których nie będę mówić za dużo, aczkolwiek wprowadzenie takich bardzo mi się
spodobało i ciekawa jestem jak rozwiną się dalej oraz nowe, nieznane dotąd
obszary.
Co
więcej powiedzieć? Martin jest tego typu autorem, który choćby pisał i przez
następne trzydzieści lat, to i tak będę zainteresowana każdą kolejną książką,
która wyjdzie spod jego pióra. Podziwiam go przede wszystkim za stworzenie tak
wieloelementowej powieści, gdzie łatwo pogubić się w wątkach, ale po czasie
wszystko staje się jasne i widzimy, że wszystko dobrze ze sobą współgra.
Kolejnym jego plusem jest kreacja różnorodnych postaci, które pojawiają się i
znikają szybciej niż w Modzie na sukces, a pomimo to, każdy z nich ma swoją
historię, jest oryginalny i niepowtarzalny.
Pieśń
lodu i ognia to genialna seria autora o ogromnej wyobraźni. Przykro mi, że
muszę go tak wychwalać pod niebiosa, nie mam jednak żadnych zastrzeżeń, nie
było czegoś, co wyjątkowo by mi się nie spodobało. Będę więc nudna i będę
chwalić serię dalej.
Ocena: 10/10
"Żeby dotrzeć na północ, trzeba zmierzać na
południe. Żeby znaleźć się na zachodzie, powinno się podążać na wschód.
Żeby iść naprzód, należy się cofać, a żeby dotknąć światła, musi się
przejść przez cień."