wtorek, 1 września 2015

"Nieprzewidziane konsekwencje miłości" Jill Mansell

Miłość. Uderza znienacka, atakuje młodych i starszych, przemeblowuje dobrze znaną codzienność i nie pozwala spać w nocy. Strzeż się. Ciebie również trafi. Zapewniam, że kilka razy. Boisz się, prawda? Zaangażowanie, zdjęcie maski silnej dziewczyny, szczere do bólu rozmowy prowadzone do późnych godzin wieczornych oraz wszystkie te pozornie nic nieznaczące gesty, których nigdy byś się po sobie nie spodziewała. Teraz jest bajkowo. Lecz co będzie potem? Licz się z konsekwencjami, bo odkochać się nie da. Co zrobisz, nic nie zrobisz, rzekłabym. 

Sophie Wells to utalentowana fotografka, która na brak zleceń narzekać nie może. Pożądana przez klientów gotowych zapłacić duże pieniądze za profesjonalną sesję, żyje od zdjęć do zdjęć bez miłości, bez chłopaka czy nawet kota czekającego w pustym mieszkaniu. Mówi, że z tym skończyła. Że się nie umawia. To właśnie słyszy Josh, zauroczony dziewczyną z aparatem, gdy raz za razem zaprasza na wspólne wyjście. Problem nie tkwi w nim. Sophie odmawia każdemu. Jej przeszłość zna z kolei jej najlepsza przyjaciółka, Tula, która szczęścia w swoim życiu nie ma za grosz. Tula to urocza, zabawna dziewczyna, która wytrwale wiąże koniec z końcem i choć zakochać mogłaby się już zaraz, wpada na chłopaka, którego skreśla już na starcie. Riley to surfer, wakacyjny playboy na plaży pełnej pięknych kobiet w skąpych bikini. Chłopak całe życie spędza u boku ciotki, która finansuje wszystko, czego zapragnie, by ten mógł obijać się cały boży dzień. Miłość uderza także Dot, babcię Josha, która swe uczucia lokuje pomiędzy swojego byłego męża a bogatego Antoine’a wprost ze snów. Trzy pary, trzy historie, jeden wątek. 

Czego ty tu w ogóle szukasz?, pytam samą siebie dzierżąc książkę z modelowo piękną parą na okładce. Ja, która zaśmiewa się przy Terrym Pratchettcie, relaksuje przy Dostojewskim, kolekcjonuje książki o tematyce sportowej i zerka ze wstydem na nieprzeczytany stos powieści Jodi Picoult. Co ja robię? To nie jest tak, że mam jakiś ulubiony gatunek. Ja nie mam gustu literackiego. Nie mam. I już. Czytam co wpadnie mi w ręce, co gdzieś tam zostało okrzyknięte klasyką, a gdzieś indziej uznane za gniot nad gniotami. Bo ja często, tak na przekór chyba, lubię to, czego inni nienawidzą. I nienawidzę tego, co inni kochają, tak dla jasności. Z literaturą kobiecą próbuję już od bardzo dawna. Przeszłam Grocholę i choć się ubawiłam, to nie wracam, nie dałam radę Szwaji, za Michalak nawet się nie brałam, Picoult ledwie spróbowałam, Munro mnie nie zachwyciła całkowicie, a Ahern znienawidziłam, bo nie lubię czuć jak obumierają moje szare komórki. Sarę Waters jednak pokochałam, więc nie jest ze mną chyba tak źle, lecz sama stawiam ją na półce obok Bronte i Austen, bo jest dobra. W poszukiwaniu współczesnych Pana Rochestera i Darcy’ego sięgam czasem po romanse. Jestem kobietą i próbuję czytać literaturę kobiecą. 

Nieprzewidziane konsekwencje miłości to powieść łatwa, niewymagająca i przewidywalna. Lecz nie tak do bólu, bo od połowy wciągnęłam się i popłynęłam z nurtem przypadkowych spotkań bohaterów, zabawnych sytuacji i nie do końca zrozumiałych odwołań do Przyjaciół czy Doctora Who, które na dłuższą metę nie miały racji bytu. Jill Mansell skacze od bohatera do bohatera, przedstawiając krótkie scenki z ich udziałem. Sophie zmaga się ze wspomnieniem narzeczonego, Tulę prześladuje obraz nieroba, którego w wielu egzemplarzach oglądała u boku własnej matki, a Dot w wieku poważnym i konsekwentnym, zakochuje się na miarę szesnastolatki i zauroczona nowym mężczyzną w jej życiu, daje się ponieść uczuciu. Jest uroczo, mało problematycznie i prawie śmiesznie. Bo to chyba taka specyfika. Lata temu czytałam bardzo podobną książkę. Było późne lato i jakoś wpadła mi w ręce książka na jedno popołudnie. Pełna była miłostek, uśmiechów i jednorożców, aniżeli poważnych problemów, które autorka tamtej książki usiłowała zarysować. Nieprzewidziane konsekwencje miłości to bądź co bądź bardzo podobna książka. O tamtej już nie pamiętam, nie wiem o czym była. O tej też szybko zapomnę, jednak pamiętać będę, że zajmowała mi czas pomiędzy sierpniowymi spacerami nad Wisłą. 

Najnowsza powieść Jill Mansell to nie najgłupsza książka, mówi przecież o rzeczach oczywistych. O tym, że się boimy, że się wahamy, że nie chcemy być ponownie zranieni. A wszyscy lubimy książki o miłości, koniecznie z happy endem, bo to bardzo budujące. Nieprzewidziane konsekwencje miłości to przyjemna książka, która może Ci się spodobać lub może Ci się znudzić, ale jest jedną z wielu podobnych na rynku, a skoro jest ich aż tyle, to ktoś je czyta, prawda? Mówię to ja, która nie przeczytała ani jednej z książek Johna Greena, zaśmiewa się przy emocjonalnych powieściach erotycznych i w tym roku prawdopodobnie już nie ruszy żadnej książki Jodi Picoult. Jestem kobietą i znów poległam w kobiecych powieściach. Ale nie wierz mi, Czytelniku. Ja nie mam gustu. 

 
PS. Chcesz ją przeczytać? Do piątku trwa u mnie rozdanie, w którym wygrać można dwa egzemplarze najnowszej powieści Jill Mansell, zapraszam! KLIK

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Dziękuję za każdy komentarz z osobna i będę uszczęśliwiona jeśli podzielisz się ze mną swoją opinią. Cenię sobie komentarze wnoszące coś do tego, co napisałam powyżej, więc proszę, komentuj, ale wcześniej przeczytaj post. Dzięki za odwiedziny!